Kulturalny Człowiek

Tom King o Batmanie i Mister Miracle

Scenarzysta Tom King opowiada o tym, jak przebić się w świecie komiksów na tyle, by tworzyć serię o Batmanie. Oraz o „Mister Miracle” – tytule uznawanym już za arcydzieło. (Rozmowa z New York Comic Con.)

Marcin Zwierzchowski: Byłeś agentem CIA.

Tom King: Byłem oficerem operacyjnym. Taki oficer zajmuje się rekrutowaniem ludzi z innych krajów, by szpiegowali dla Stanów. Zajmowałem się też antyterroryzmem, byłem więc w Iraku i Afganistanie.

Jak więc przechodzi się od pracy dla CIA do pisania komiksów?

Miałem dwadzieścia parę lat, na mojej głowie były jeszcze wtedy włosy. Pracowałem w CIA, co oznaczało, że często byłem daleko od żony, od dzieci. A chciałem być dla nich ojcem. Nie wiedziałem więc, co robić. Dlatego wziąłem rok wolnego i wtedy zdecydowałem, że chcę robić coś radyklanie innego, że chcę być pisarzem, jak zawsze marzyłem. W efekcie za dnia zajmowałem się dziećmi, a nocami pisałem swoją pierwszą powieść.

„A Once Crowded Sky” to powieść o superbohaterach. Do komiksów przebiłeś się więc pisząc książkę o komiksowych bohaterach.

Bo nie potrafiłem rysować (jestem najgorszym rysownikiem na świecie). Musiałem więc pisać prozę. O superbohaterach. I nikt tej książki nie kupił.

To był rok 2012. W 2014 pisałeś już dla DC Comics scenariusz serii „Greyson”, rozgrywającej się w uniwersum Batmana. W dwa lata później tworzyłeś już główną serię „Batman”. Co przyszło ci do głowy, gdy dowiedziałeś się, że będziesz pisał tak kultową postać?

Czułem strach. I podekscytowanie. Pewnie powonieniem mówić, że byłem zaszczycony, ale głównie martwiłem się, że DC źle wybrało. Bo wiesz, to najczęściej opisywany fikcyjny bohater w kulturze anglojęzycznej, może nawet w kilku innych kulturach.

W Polsce Batman jest najpopularniejszym superbohaterem.

Polacy to mądrzy ludzie.

Jest mroczny, sarkastyczny – to do nas przemawia. Wracając jednak do tego pierwszego razu z Batmanem – jakie są reguły pisania historii z takim bohaterem? To nie tak, że możesz robić z fabułą i postacią, co ci się podoba…

Istnieją ograniczenia. Batman nie może nikogo zabić, nie może przeklinać, jest cała lista.

Jest on również częścią większego uniwersum, co oznacza, że we środę w twoim komiksie robi jedną rzecz, ale za tydzień w innym komiksie robi coś innego, z Ligą Sprawiedliwości. Czy to narzuca ci również pewne ograniczenia co do fabuły?

Wydaje mi się, że miałem szczęście, bo w przypadku mojego czasu z Batmanem dyskusje o fabule odbywały się tylko między mną a moimi redaktorami, i oczywiście rysownikami. Czułem więc, jakbym pisał długą powieść, z początkiem, środkiem i końcem. To miał być mój „Batman”.

Mam taką zasadę, że nie lubię mówić innym, jak mają pisać. Szanuję ich swobodę. Sam też tego oczekuję. Według mnie, im więcej twórca ma swobody, tym lepszy efekt. Im więcej kompromisów, tym gorszy. Dlatego dawałem sobie, ale też i scenarzystom innych serii z Batmanem, tyle swobody, ile tylko było możliwe.

Czy tworząc nową przygodę Mrocznego Rycerza, masz z tyłu głowy świadomość wszystkich fabuł i twórców, którzy przed tobą opowiadali o Batmanie?

Trochę mi zajęło, zanim zorientowałem się, że by wybić się na tyle tych, którzy przez minione 80 lat tworzyli fabuły z nim, od tych ponad 3000 pisarzy w różnych mediach, muszę skupić się na tym, co odróżnia mnie od nich. I tym czymś jestem ja. Więc jedynym wyjściem było napisanie osobistej historii, wlać w tę historię siebie. Ponieważ zaś tak się składa, że jestem szaleńczo zakochany w mojej żonie, napisałem historię miłosną. Napisałem o facecie, który znajduje miłość.

Bardziej jednak nawet niż presję gigantów, którzy byli przede mną, czuję odpowiedzialność przed czytelnikami. Dla wielu osób Batman jest symbolem nadziei. Ludzie mają za sobą gówniany dzień, pod koniec którego mogą przez piętnaście minut poczytać komiks i zapomnieć o problemach. Wiem, że to dla nich ważne. To odwraca ich uwagę od rzeczywistości, daje im chwilę wytchnienia, pomaga pozbyć się napięcia. To moja odpowiedzialność. I to chciałem osiągnąć tymi komiksami.

Jak wygląda relacja z rysownikami?

Mamy dwa ekstrema, jeżeli chodzi o prace artystów i rysowników. Z jednej strony będzie Stan Lee, który dawał ogólny zarys historii, a Jack Kirby następnie ją rozpisywał i rysował. Na przeciwnym spektrum znajduje się natomiast Alan Moore, opisujący dokładnie każdy panel, w naprawdę najmniejszych szczegółach.

Ja jestem gdzieś między tymi dwoma podejściami. Wprawdzie rozbijam scenariusz na poszczególne panele i piszę, co w nich jest, ale są to ogólne opisy. Na przykład w scenie walki: panel 1 – cios w twarz; panel 2 – kop w krocze; i tak dalej. Kiedy mogę, staram się dawać artystom dużo swobody, pisząc na przykład, że na danym panelu mamy „Batmana na dachu”. I tyle.

Oczywiście, scenariusz zależy od tego, z którym konkretnie artystą pracujesz. Różni rysownicy oczekują różnych instrukcji, więc i ja pracuję inaczej.

Jak z twojej perspektywy – twórcy, który pisał scenariusz i dla DC Comics, i dla Marvela – wygląda mityczna rywalizacja tych dwóch wydawców? Często mówi się wręcz o dwóch „plemionach”.

To trafne określenie. Ale też trzeba pamiętać, że mówimy tu o wielkich korporacjach – DC to Warner Media, a Marvel to Disney. Przy tych gigantach, my, twórcy, mamy więcej wspólnego ze sobą, niż z wierchuszką tych firm. Panuje między nami przyjacielska rywalizacja; co miesiąc liczymy w DC, że przebijemy Marvela w sprzedaży, co miesiąc przegrywamy… i tak to trwa od 60 lat. Przyzwyczailiśmy się. Zresztą, może i Marvel tu wygrywa, ale to my możemy pisać Batmana.

Przejdźmy do komiksu „Mister Miracle”. Jego bohater nie jest tak rozpoznawalny jak Batman.

Jeszcze. Gdy do kin wejdzie film „New Gods”, będzie bardzo popularny.

Do filmu z pewnością wrócimy, najpierw jednak prosiłbym cię o kilka słów przedstawienia tej postaci.

Mister Miracle to superbohater-mistrz ucieczek. Jego mocą jest więc zdolność wyrwania się z każdej pułapki. Jest też przy tym dosyć szekspirowską postacią, z bardzo tragiczną historią. Wymyśloną zresztą przez Jacka Kirby’ego. Otóż jest on synem boga, jak Jezus. Gdy jednak był młody, jego ojciec, by zawrzeć pokój, zamienia się synami z diabłem. Mister Miracle jest więc synem boga, wychowanym i torturowanym przez diabła. Jako mistrz ucieczek stara się uciec przed swoim ojcem, uciec z piekła, ale raz za razem mu się nie udaje. Ostatecznie dopina swego, kryje się na Ziemi, znajduje szczęście u boku żony, Bardy (również uciekinierki z piekła), i zostaje magikiem scenicznym.

Znów historia miłosna.

Znów. Jestem konsekwentny. Ale „Mister Miracle” to nie tylko opowieść o tym.

Wiesz, w ostatnich latach w Polsce macie podobne problemy, co my w Stanach; mamy tego klauna, który zarządza krajem. I pamiętam, że myślałem sobie: cóż, przynajmniej powstanie wiele dobrej sztuki. Bo złe czasy zawsze przynoszą wielkie dzieła sztuki.

„Mister Miracle” to próba przelania części tych uczuć w fabułę. W opowieść o moralności, etyce, polityce, o tym, jak traktujemy się nawzajem, o tym, co zmienia się przez Trumpa, o tym koszmarze. O tym chciałem pisać. Ale nie o aktualnych wydarzeniach, bo od tego jest Twitter czy polityka, chciałem pisać o życiu w takiej atmosferze. O próbie życia w takich czasach.

Ponieważ Mister Miracle to postać o wiele, wiele mniej popularna niż Batman, rozumiem, że przełożyło się to na więcej swobody dla ciebie jako twórcy?

O tak. Batman ma podobać się szerokiej publiczności. Musi też wychodzić regularnie. Przy „Mister Miracle” pracowało mi się jak przy powieści, albo wierszu – to coś bardziej osobistego, i mam nad tym więcej kontroli. Efekt jest więc idealnym odwzorowaniem mojej wizji. Z Batmanem nieuniknione są kompromisy.

Komiks, im mniejszy, tym może być bardziej ambitny.

Wróćmy do „New Gods” i scenariusza, nad którym pracujesz…

Z Avą DuVernay.

Zgadza się. Mógłbyś opowiedzieć nieco o Nowych Bogach?

Tak więc krótka lekcja komiksowej historii. Zacznijmy od Jacka Kirby’ego, prawdopodobniej najwybitniejszego umysłu w historii komiksów, współtwórcy takich postaci Marvela jak Thor czy w ogóle Avengersi. Po pracy dla Marvela przeniósł się do DC Comics, i tam stworzył swoje arcydzieło, niesamowitą mitologię. Wszystko opiera się na walce dwóch bóstw, Highfathera (odpowiednik boga judaizmu, chrześcijańskiego) i Darkseida (odpowiednik diabła); ten drugi chce świat zniszczyć, ten pierwszy ocalić. Jak zaś wspominałem wcześniej, wymienili się oni synami…

Film „New Gods” będzie więc adaptacją „Mister Miracle”?

Nie mogę tego powiedzieć… Mogę za to zapowiedzieć, że będzie dobry.

Kończąc więc, powiedz, jakie scenarzysta komiksowy ma ambicje, gdy stworzy już własną serię o Batmanie? Co może to przebić?

Faktycznie, czuję, że osiągnąłem wszystko, o czym marzyłem od czasu, gdy miałem 12 lat. Przede wszystkim jednak chcę tworzyć rzeczy, które będą miały znaczenie, rzeczy ambitne… chcę być cholernym artystą. Jakkolwiek głupio to nie brzmi.

Pisać kolejne komiksy takie jak „Mister Miracle”.

Tak. Celem sztuki jest wyrażanie tego, czego nie da się powiedzieć słowami, nie? Mówić o emocjach, związkach, o tym, jak mierzymy się z moralnością. Historie to dla nas forma komunikacji, i przez historię chcę opowiadać o tym, co we mnie siedzi i przekazywać to innym, w formie świetnej historii.

Fot. Luigi Novi (CC – Wikipedia)

Next Post

Previous Post

© 2020 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén