Kulturalny Człowiek

Todd McFarlane o filmie „Spawn”

Wraz z publikacją zeszytu „Spawn #301” komiks ten staje się najdłużej wydawanym tytułem, do którego prawa ma wyłącznie jego autor. Z jego twórcą, Toddem McFarlane’em, spotkałem się na New York Comic Con, aby porozmawiać o powrocie tego antybohatera na srebrny ekran.

Marcin Zwierzchowski: „Spawn” szykuje się do powrotu do kin. Czemu właśnie teraz i czym będzie się różnił od tego, co widzieliśmy wcześniej?

Todd McFarlane: Myślę, że pewnie powinienem był nakręcić ten film dziesięć lat temu, żeby nie było tak dużej przerwy pomiędzy tą a poprzednią adaptacją. Ale też dobrą stroną tych dwudziestu lat przerwy jest cała fala filmów superbohaterskich, która zalała świat i ukształtowała wielu geeków.

Różnica między starym a nowym filmem jest taka, że pierwszy „Spawn” był bardziej tradycyjną, kierowaną do młodzieży adaptacją historii narodzin bohatera. To powracający schemat w takich fabułach, także tych nowych, gdzie zaczynasz od pokazania genezy, by potem mieć ją jako punkt wyjścia dla kolejnych filmów.

Ja natomiast od zawsze mówiłem, że chcę zrobić film tylko dla dorosłych. I teraz sam napisałem scenariusz – to śmiertelnie poważny obraz dla dorosłych. Najbliżej nam do filmów grozy; specjalnie nie mówię o horrorach, bo ludziom kojarzy się to z krwią i flakami. Trzymamy się w rejonach horroru i thrillerów o zjawiskach nadprzyrodzonych. Wszystkie te filmy mają jeden punkt wspólny – jest w nich tylko jeden element fantastyczny.

Jak w „Cichym miejscu.

Myślę raczej o „Szczękach”. Znajdziemy tam tylko jednego olbrzymiego rekina. A jeśli spojrzymy na „Coś”Carpentera, znajdziemy tylko jedno coś, kiedy przejdziemy do „The Grudge – Klątwy” zobaczymy tylko jedną małą, demoniczną dziewczynkę. Najnowszym przykładem może być „Zakonnica”. Zwykle jest tylko jeden upiór, nie ma ich sześciu czy ośmiu. Nawet jeśli weźmiemy takiego „Egzorcystę”,to poza elementem demonicznym, wszystko w tym filmie było normalne. Jeśli wykluczymy dziewczynkę i opętanie, zostanie nam świat, w którym mógłby żyć każdy z nas.

Nawet jako dziecko nie byłem fanem filmów dla młodzieży. Nie wiem czemu. Po prostu tak nie działam. Częściowo dlatego, że musiałem zawiesić niewiarę w zbyt wiele fantastycznych elementów. W horrorach to zazwyczaj tylko jedna rzecz. Na przykład: Czy wierzę, że w samochodzie mogłaby się skończyć benzyna? Oczywiście, że tak! Czy wierzę, że mogłaby mi się wyczerpać bateria w telefonie, albo może nie być zasięgu? Oczywiście! I właśnie dlatego muszę iść do domu na wzgórzu? No tak! I czy wierzę, że nikogo nie ma w domu? Żaden problem. To teraz muszę spróbować coś znaleźć, a w samym środku tego wszystkiego będzie jakieś straszydło. No dobra, ten jeden element mogę oddać, w tym jednym miejscu zawieszę niewiarę.

Co śmieszne – i dziwne – robię to całymi dniami. Rysuję fantastykę, cały czas tworzę treści dla nastolatków. Przez dwanaście godzin rysuję tych wszystkich Obcych, lasery i tajne bazy, ale pod koniec dnia mówię sobie: „Mam już dość” i idę oglądać telewizję, albo filmy. 95 procent tego to po prostu filmy obyczajowe. Nie chcę już fantastyki, potrzebuję obyczajówki. Dlaczego? Bo za dwanaście godzin wracam do deski kreślarskiej i znów muszę rysować fantastykę. Muszę więc pozwolić mojemu mózgowi odetchnąć.

Wiem, że są w tym przemyśle ludzie, którzy tego nie potrzebują. Przechodzą od rysowania fantastyki, przez czytanie i oglądanie fantastyki, po myślenie o niej. Mogą tak robić przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Podziwiam ich. Ja tak nie umiem.

Zawsze tak było. Gdy byłem dzieciakiem, wszyscy moi koledzy chodzili na „Gwiezdne wojny”, a ja chodziłem na „Park Gorkiego”. To film szpiegowski i wydawało się, że to prawdziwa historia. Pamiętam, że myślałem: „O rany! To mogło się wydarzyć naprawdę!”. Chciałem, żeby wszystkie oglądane przeze mnie filmy mogły się wydarzyć.

Często, gdy mówimy o eskapizmie, mamy na myśli przechodzenie z naszego świata do tego fantastycznego.

Ja żyję odwrotnie. Ktoś, kto jest, dajmy na to, bankierem będzie chciał uciec od codzienności w fantastykę. Ja natomiast myślę sobie: „Cały dzień zajmowałem się fantastyką, czas wpuścić do mojego życia trochę realizmu”.

Wszystkie te filmy dla nastolatków nazywam – i jest to uproszczenie – chaosem bez konsekwencji. Oznacza to: „Popatrzcie na te efekty, są wspaniałe. Spójrzcie na te pościgi, wybuchy i walki. Są niesamowite!”. Większość z tych filmów jest po to, żeby tylko na nie patrzeć.

I nikt nie umiera.

Nawet nie o to chodzi. Po prostu nie mówią, czy ktoś umarł czy nie, i żadna z postaci się tym nie przejmuje. Jest więc pościg, wybuchy, i dopóki ja – czyli bohater – uciekłem, następny dialog będzie brzmiał: „Dorwę tych bandziorów!”. Zamiast tego powinienem włączyć telewizor, żeby zobaczyć, czy któryś z tych wybuchających samochodów, walących się budynków albo strzałów znikąd kogoś nie zabiły.

Osobiście nie jestem w stanie tak bardzo zawiesić niewiary. Za każdym więc razem, gdy oglądam film akcji, staram się dodać do niego logikę. I denerwuje mnie to, bo logika zaczyna się sypać. Zaczynam sądzić, że ci filmowcy myślą sobie: „Stwórzmy te fajne historie, a dopiero później dodajmy rzeczywistość. Wciśniemy rzeczywistość, jak wszystko już będzie gotowe.”

Ja chcę zrobić na odwrót. Zaczynam od rzeczywistości i dodać do niej fantastykę. To nic niezwykłego, tak właśnie robi się horrory.

Todd McFarlane na New York Comic Con 2018

Powinniśmy więc patrzeć na „Spawnabardziej jak na horror niż film superbohaterski?

Oczywiście. Myślę, że to właśnie przyprawia Hollywood o mętlik w głowie. Kilka osób czytało scenariusz i z ich komentarzy wiem, że myślą: „Sądziłem, że to będzie o superbohaterach”. Chciałbym być w stanie zignorować to słowo, gdy mówię o „Spawnie”. Pytają: „czemu on więcej nie mówi?”, „czemu nie ma go więcej na ekranie?”. A to dlatego, że w horrorach straszydeł nie widać zbyt często, a większość z nich za dużo nie mówi. Dlatego dziwię się, gdy pytają mnie jak mogę robić film, w którym główny bohater nic nie mówi? A ja odpowiadam, pytając: „Ale o czym ty mówisz?” Właśnie mieliśmy film „Zakonnica”.W pierwszym tygodniu wyświetlania zarobił 55 milionów dolarów – tak właśnie to działa.

Doszedłem do tego, że powiedziałem swoim agentom: „Chyba popełniłem błąd, wysyłając sam scenariusz”. Zaproponowałem, żebym przychodził przed wysłaniem scenariusza i nakreślał całą sytuację. I teraz tym bardziej czuję, że kiedy wracamy do nich i rozmawiamy, nie tylko musimy opowiadać o tym, czym jest ten film, muszę też im to pokazać. Póki nie będę miał animacji, mam rysunki stroju Spawna.

Czy to oznacza, że nie można nazwać tego filmu superbohaterskim? Wręcz przeciwnie! A w głowie mam nawet trylogię, która mnie do tego doprowadzi. Może przy numerze trzecim zobaczymy czarny charakter? Pewnie! Ale nie w pierwszym filmie, nie na samym początku.

Więc żadnych czarnych charakterów?

Żadnych, jak to w horrorze. Wpadłeś w tę samą pułapkę, co wszyscy. Horror ma jeden element fantastyczny. Wyjmujesz jeden element i nie zostaje nic fantastycznego. Zabierzesz Spawna ze „Spawna”i nie będzie żadnej fantastyki.

Przecież w horrorach straszydło nie jest głównym bohaterem. Czy będzie to historia kogoś innego, a do tego dodany będzie Spawn?

Ale jeśli idziesz na film pod tytułem „Zakonnica”, to na kogo będziesz czekał? Skoro zakonnica nie jest cały czas na ekranie, ktoś inny musi prowadzić akcję do przodu. To właśnie postać, do której zatrudniliśmy Jeremy’ego Rennera. To wspaniały aktor. Więc w oczekiwaniu na straszydło, będziemy oglądać tego świetnego, nominowanego do Oscara aktora i nagle ‒ bam! Wchodzi mój gość, ten o którym wiemy, że jest straszydłem, czyli Spawn.

Ciekawą rzeczą jest to, i masz tu rację, że zwykle straszydło jest złe. W naszym przypadku straszydło będzie tym dobrym. Mam więc kilka sztuczek, żeby to obejść. Mimo wszystko będzie to mroczny, poważny i upiorny film.

Jak sądzisz, dlaczego Spawn przemówił do czytelników tak bardzo, że teraz jest postacią ikoniczną?

Powodów jest pewnie kilka. Po pierwsze, mieliśmy szczęście przy starcie, bo właśnie kończyłem pracę na obsypaną nagrodami serią Spider-Mana. Ludzie byli więc skłonni dać mi szansę i spojrzeć na moją nową książkę. Większość tytułów nie ma tak łatwego startu. „Żywe trupy”na przykład zaczęły od sprzedaży zaledwie dwóch tysięcy egzemplarzy i dopiero później wyrobiły sobie drogę na szczyt. Nie oznacza to więc, że nie da się inaczej osiągnąć sukcesu. Po prostu mówię, że miałem trochę przewagi. Do tego ludzie zaczęli sięgać po mój komiks, bo lubili moje rysunki. Mogłem przedstawić ciekawą historię. Nawet kiedy masz porządną opowieść i porządną stronę wizualną, nie można przecenić długowieczności. „Spawn” jest na rynku od 1992 r. To ponad dwadzieścia pięć lat bez przerwy.

Czy mógłbyś powiedzieć coś o swojej decyzji o opuszczeniu Marvela i zrobieniu czegoś swojego? Tym czymś było Image.

Mogę powiedzieć, że Image jest obecnie najbardziej zróżnicowaną i eklektyczną firmą w Ameryce Północnej. Z naszej siódemki, która opuściła Marvela i założyła Image, wszyscy zajmowaliśmy się superbohaterami, więc wszystkie komiksy, jakie zaczęliśmy tworzyć były komiksami superbohaterskimi. Nawet Spawn, który od tego czasu wyewoluował, z początku był superbohaterem. Po prostu stworzyliśmy firmę, w której każdy z nas mógł kreować własne postaci. Mogliśmy robić komiksy o bohaterach, jakich chcieliśmy, w dowolnym czasie, w dowolnej formie i mogliśmy pisać opowieści, jakie chcieliśmy i to bez uwag od osób trzecich.

Mogło nam to dać zbyt wiele władzy, lub całkowitą wolność. My podeszliśmy do sprawy od strony wolności. A potem postanowiliśmy, że skoro mamy budować miejsce w którym wszyscy jesteśmy właścicielami własnej pracy – to my, a nie Image, te siedem osób, które założyły wydawnictwo, jesteśmy właścicielami naszych pomysłów – powinniśmy otworzyć podwoje dla innych. Dlatego dziś w Image – i jest tak od 1992 r. – to ty jesteś właścicielem twojej postaci. Jeśli wydasz u nas komiks, to ty jesteś właścicielem stu procentów swojej postaci.

Po dwudziestu sześciu latach Image Comics nie posiada żadnej własności intelektualnej. Na stanie mamy jedynie biurka i krzesła z biura, w którym urzędujemy. To twórcy są właścicielami i to oni podejmują decyzje kreatywne, kropka.

Wszystkie zasady, jakie stworzyliśmy dla siebie mają zastosowanie dla wszystkich innych. Czy oznacza to, że kiedykolwiek powiedzieliśmy, że chcemy mnóstwa superbohaterów? Nie! Powiedzieliśmy, że chcemy dobrych historii. Weźmiemy więc wszystko, od poważnych treści bez śladu fantastyki, prawie pamiętników czy biografii, aż po książki dla dzieci ‒ śmieszne, nawet głupkowate komiksy dla dzieciaków. Póki to dobra opowieść i uważamy, że sprzedawcy i klienci po nią sięgną, nie ma to dla nas znaczenia. Jeśli spojrzysz na 70 komiksów, jakie wydajemy, znajdziesz szeroką gamę treści.

Panel na New York Comic Con 2019 – „Spawn” bije rekord Guinessa

Mówiłeś, że na początku kariery nie byłeś zbyt dobry, ale byłeś bardzo uparty.

Z wiekiem wyraźniej widzę, jak wielką role w życiu każdego grają poszczególne cechy jego charakteru. Albo jesteś skłonny walczyć o to, w co wierzysz ‒ nawet do granic szaleństwa – albo może jesteś bardziej pasywny, lub nawet nie chcesz konfliktu i nie chcesz zaburzać status quo. I kiedy jesteś taką osobą, jeśli dostaniesz jakąkolwiek władzę, zaczynasz chronić stan rzeczy do tego stopnia, że gość taki jak ja przychodzi i mówi: „hej, chcę coś zmienić”. Historia – nie tylko komiksów – uczy, że ludzie chcący nieść zmianę, dobrą lub złą, zawsze napotkają opór. Ludzie i ich systemy, globalne interesy, grupy wpływów ‒ nieważne czy politycznych, religijnych, czy biznesowych ‒ nie chcą konkurencji i zmian. Bo jeśli ktoś z nimi konkuruje, przeszkadza im w interesach. Więc od samego początku wiedziałem, że jeśli nie będę zbyt dobry, ale ciągle będę wysyłał swoje prace, wciąż będą odpowiadać „nie, nie, nie, nie, nie”.

Z perspektywy czasu wiem, że mieli rację. Nie byłem zbyt dobry. Ale kiedy jest się młodym, słowo „nie” jedynie człowieka nakręca. Pomyślałem więc: „Ach tak?! To zrobię więcej próbek i wyślę je do was”. Kiedy miałem 16 lat stworzyłem postać, która nazywała się Spawn, i zacząłem robić komiks. Pomyślałem sobie, że jeśli nie chcą dać mi pracy, to wydam własny komiks

Trochę jak Stephen King, który zaczynał od drukowania własnych książek.

Znam się na tym! Mój tata pracował w przemyśle drukarskim!

Właśnie tak myślałem. Wreszcie ich zmęczyłem i postanowili dać mi pracę. Nie byłem zbyt dobry, ale zrobiłem pierwszy krok, jakim jest dostanie się do tego przemysłu.

Otworzyłem sobie drzwi dzięki wytrwałości i może odrobinie oszukiwania się, że jestem wystarczająco dobry. A kiedy już dostałem się do środka, musiałem pokazać im dwie rzeczy. Po pierwsze, czy potrafię kończyć projekty na czas, i po drugie, czy potrafię się uczyć.

Płacili mi więc za rysowanie 10 godzin dziennie. Nie wiem, co człowiek musiałby robić, żeby nie rozwinąć swoich umiejętności, wykonując je przez 10 godzin każdego dnia. Oczywiście, że się rozwijamy! Nieważne, czy ćwiczysz podnoszenie ciężarów, czy uczysz się mandaryńskiego – rozwiniesz swoje umiejętności. Dlatego też z czasem moje rysunki się poprawiły, a w miarę jak to się działo, dostawałem lepsze komiksy do rysowania. Tak to jest: im lepsze rysujesz tytuły, tym bardziej rośnie twoja popularność, a im bardziej jesteś popularny, tym więcej możesz zarobić i tym bardziej rozrasta się rzesza twoich fanów. Ani się obejrzysz, a zacznie ci się powodzić.

Mówiłeś o wolności, jaką dało ci Image i bycie właścicielem własnych prac, ale masz także doświadczenie w pracy nad postaciami, które od dawna istniały na rynku, na przykład Spider-Man. Jak można uczynić z takiej postaci coś swojego?

Po pierwsze, jako młody chłopak zaczynający karierę w przemyśle komiksowym wiedziałem, że pracują w nim tysiące artystów. Byłem jednym z tych tysięcy. Zacząłem zadawać sobie pytanie: „Jak mogę się wyróżnić?”. Usiadłem więc w domu i zacząłem pracować nad własnym stylem. W końcu wszyscy artyści, którymi się inspirowałem mieli własny styl. Na początku ukrywałem swoje kiepskie rysunki za aranżacją stron. Jeśli spojrzysz na moje prace przy „Infinity Inc.”, zobaczysz, że są naprawdę pokręcone. Układ plansz jest szalony. Rysunki nie są zbyt dobre, ale układ plansz miał odwrócić od nich uwagę czytelnika. Pomyślałem sobie: „No dobra, czy umiem odwrócić ich uwagę na tyle, żeby nie zauważyli, że nie umiem rysować, póki nie rozwinę swoich umiejętności? A kiedy będę umiał już dobrze rysować, układ na planszy nie będzie musiał być tak pokręcony”.

Po drugie, i pewnie najważniejsze: gdy tworzysz, szczególnie w zawodzie jaki wykonuję, siedzisz w samotnie w pokoju przez 10, 12, 14 godzin dziennie. Z artystycznego punktu widzenia, gdybym nie rysował czegoś fajnego i przyjemnego, byłby to dla mnie ciężki dzień pracy. Codziennie więc zadawałem sobie pytanie: „Co fajnego mogę zrobić?”.

Czyli chciałeś zadowolić samego siebie?

Właśnie tak. Przyznaję to z przykrością. Zadowalałem najpierw siebie. Na szczęście radość, jaką próbowałem włożyć w te strony, wylewała się z nich. Setki, tysiące, a niedługo później setki tysięcy czytelników reagowało: „Wow! Ale fajnie się to czyta!” Razem z tym rosła sprzedaż. Byłem w stanie utrzymać swój styl, bo towarzyszyła mi rzesza czytelników.

Robiłeś to przez długi czas. Zastanawiałem się, jak dla artystów zmieniły się czasy, jeśli chodzi o technikę. Jak teraz pracujesz? Czy używasz jakichś nowych narzędzi?

Z punktu widzenia artysty największą zmianą jest to, że zaczynałem pracę z ołówkiem i papierem, a teraz cała moja praca odbywa się na ekranie. Nie ma już oryginalnych plansz z rysunkami.

To lepiej czy gorzej? Zakładam, że to bardziej wydajna metoda pracy.

Tak, dzięki temu można pracować wydajniej i szybciej, a to ważne jeśli pracuje się w świecie pełnym terminów.

Jest kilka rzeczy, których nie udało mi się odtworzyć z czasów papieru i ołówka. Chodzi mi o subtelność i kontrolę, bo to jednak twoja ręka. Nie wiem jednak, czy przeciętna osoba zauważyłaby różnicę. Mógłbym pokazać ci dwie strony, jedną robioną ręcznie, a drugą cyfrowo i pewnie powiedziałbyś, że obie są robione metodą tradycyjną, lub obie zrobiłem cyfrowo. Ale ja widzę tę różnicę.

Może dzieje się tak, bo jestem zbyt blisko sztuki. Jest jednak coś, czego nie da się całkowicie odtworzyć, albo przynajmniej ja nie znalazłem na to sposobu. Ale poza tymi nieodtwarzalnymi elementami, wszystkie pozostałe są pozytywne.

Jestem w stanie położyć biel natychmiastowo, bez czekania aż wyschnie tusz. Jednym kliknięciem mogę zamienić ze sobą biel i czerń. Wciskam kilka przycisków i wypełniam, co chcę czernią. Wiesz, ile czasu spędziłem na wypełnianiu czerni? Wytarcie strony zajmowało mi pół godziny, a nawet więcej, jeśli była skomplikowana. Teraz robisz wszystko w warstwach. Odklikujesz warstwę i wszystko jest wytarte.

Co ciekawe, wielu młodych artystów nie pracuje cyfrowo, choć wiedzą, jakie problemy to ze sobą niesie. W ten sposób mają jednak swoje oryginalne prace i mogą je sprzedać.

To też zrozumiałe.

Sam tak robiłem! Ale jeśli policzysz sobie pod kreską, to powstaje następująca kwestia: skoro wykorzystujesz wydajność komputera i możesz pracować dwa razy szybciej, dostaniesz dwa razy więcej pieniędzy. Czy wtedy potrzeba sprzedaży oryginalnych prac się nie zmniejsza? A może wszystko się wyrównuje z pieniędzy pochodzących ze sprzedaży? Sam nie wiem.

Powstaje więc pytanie o to, co się tu dzieje? Wadą tego rozwiązania jest to, że pracujesz wolniej, tworzysz mniej stron i nie jesteś wstanie tak łatwo dotrzymać terminów. Twoja kariera może też nie wystartować tak szybko, bo przecież to nie oryginalne prace tworzą twoją karierę. Opiera się ona na liczbie stron, jakie widzi świat. Rysownicy czasem nie widzą tej szerszej perspektywy.

Z angielskiego przełożył Piotr Kosiński.

Next Post

Previous Post

© 2020 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén