Kulturalny Człowiek

Szalona historia Supermana w Hollywood

Przez lata studio Warner Bros. miotało się w wysiłkach, by nakręcić kolejny film o Człowieku ze Stali. Oto opowieść o niekompetencji, strachu i pewnym fryzjerze, które niemalże pokonały najstarszego z superbohaterów.

Jest szybszy od pędzącego pocisku, silniejszy od rozpędzonej lokomotywy, potrafi przeskoczyć najwyższy budynek, w tym roku kończy zaś 75 lat. Czego najstarszy, najpotężniejszy i wciąż najbardziej rozpoznawalny spośród komiksowych herosów mógłby sobie życzyć? Być może kolejnej młodości, którą mógłby zagwarantować mu wchodzący właśnie na ekrany „Człowiek ze Stali” Zacka Syndera. Albo świętego spokoju, bo po tym, co w ciągu ostatnich dwóch dekad przeszedł za sprawą hollywoodzkich producentów, każdy miałby prawo mieć wszystkiego serdecznie dość.

Pierwsze kroki Supermana w Fabryce Snów bynajmniej nie zwiastowały późniejszych problemów. Jak na pioniera przystało, również na srebrnym ekranie przecierał ścieżki dla mających iść w jego ślady pozostałych herosów. Choć powszechnie uważa się, że boom na ekranizacje komiksów zawdzięczamy „Batmanowi” Tima Burtona z 1989 r., pierwszym powstałym na podstawie historii obrazkowej kinowym blockbusterem był o 11 lat starszy „Superman” w reżyserii Richarda Donnera. Zarobione w 1978 r. 300 mln przekłada się mniej więcej na współczesny miliard dolarów, co jest imponującym wynikiem.

Dalej, niestety, było już tylko gorzej, każda kolejna część serii zarabiała mniej, aż do żenującego (artystycznie i komercyjnie – w USA film zarobił ledwie 15 mln dol.) „Supermana IV”. To był 1987 r. i wszystko wskazywało, że Ostatni Syn Kryptona na długi czas zaprzepaścił swoją szansę zawojowania świata filmu.

Dwa lata później do kin trafił jednak wspomniany wcześniej „Batman”, opróżniając kieszenie widzów na całym świecie i przede wszystkim pobudzając wyobraźnię producentów, którą sukces kontynuacji historii Mrocznego Rycerza rozgrzał do czerwoności.

W 1993 r. zachęcone tymi wynikami Warner Bros. przejęło prawa do ekranizacji przygód Człowieka ze Stali, a niezwykle entuzjastyczne przyjęcie komiksowej serii „Death of Superman” tylko utwierdziło ludzi z wytwórni w przekonaniu, że mają w rękach potencjalny hit. Popełnili jednak błąd, który miał ich kosztować lata mordęgi z kolejnymi wersjami scenariusza i dziesiątki milionów dolarów wyrzuconych w błoto – jako zarządzającego wszystkim producenta zatrudnili Jona Petersa.

Kariera fryzjera

Kariera taka jak Petersa zdarzyć się mogła wyłącznie w Hollywood – zaczynał jako fryzjer na Rodeo Drive, gdzie poznał wiele osobistości świata filmu, przede wszystkim zaś Barbrę Streisand. Najwidoczniej gwieździe bardzo spodobała się przygotowana przez niego peruka, ponieważ w 1974 r. fryzjer został producentem jej albumu „Butterfly”, a dwa lata później zadebiutował w tej roli na planie filmu „Narodziny gwiazdy”, w której główną rolę grała oczywiście Streisand. Potem były kolejne filmy z gwiazdami, m.in. „Kolor purpury”, „Goryle we mgle”, „Rain Man”, no i „Batman”, który w oczach wytwórni uczynił Petersa specem od komiksów, mówiono, że ten film to jego ukochane dziecko.

Prawda była jednak taka, że jego głównym zadaniem na planie było denerwowanie Tima Burtona, który pracę z fryzjerem-producentem przy dwóch odsłonach serii o Mrocznym Rycerzu krótko i dosadnie nazywa koszmarem. W filmie dokumentalnym „Look, Up In the Sky: The Amazing Story of Superman”, zrealizowanym w 2006 r., Peters przyznał, że nowy Superman to było dla niego coś na kształt kolejnych „Gwiezdnych wojen”. Mimo to przez ponad dekadę pilotował projekt dla Warner Bros. Zatrudnił trzech scenarzystów, zwolnił dwóch z nich, a na trzecim – Kevinie Smithcie – zrobił takie wrażenie, że ten do dziś opowiada anegdoty o pokręconym producencie.

Z DVD „An Evening with Kevin Smith”, będącym zapisem spotkania filmowca z fanami, dowiadujemy się nieco więcej o metodach pracy Petersa, który spotkanie ze scenarzystą rozpoczął od zaznaczenia, że w nowym filmie o Supermanie heros nie może latać ani nosić swojego niebiesko-czerwonego kostiumu z peleryną, w trzecim akcie powinien walczyć z olbrzymim pająkiem (zapytany dlaczego, producent odpowiedział: bo pająki to najbardziej bezwzględni zabójcy w królestwie insektów), a w głównej roli najchętniej obsadziłby Seana Peana.

Ponieważ Smith stawiał pierwsze kroki w krainie wielkich komercyjnych produkcji, zaciskał zęby, włączał do swojej historii wszystkie idiotyczne pomysły byłego fryzjera i dostarczył wytwórni Warner Bros. scenariusz, który – o dziwo – bardzo się spodobał. Do projektu przekonany został Tim Burton oraz mający wcielić się w postać komiksowego herosa Nicolas Cage. Obaj podpisali tzw. kontrakty pay or play, dzięki którym mieli dostać swoje pieniądze – Burton 5 mln dol., Cage zaś aż 20 – niezależnie od tego, czy film w ogóle powstanie.

I zanim jeszcze zdążył wyschnąć atrament na złożonych podpisach, reżyser zmienił zdanie, stwierdził, że nie chce pracować z tekstem Kevina Smitha, woli, aby scenariusz napisał Wesley Strick, z którym znali się z prac przy „Powrocie Batmana”. Latem 1997 r. projekt „Superman Lives” oficjalnie wszedł w proces preprodukcji, datę premiery ustalono na czerwiec 1998 r., czyli na 60 urodziny głównego bohatera. Wszyscy byli pewni, że tym razem musi się udać. Być może tak by się stało, gdyby nie Peters. Strick twierdzi, że producent wydzwaniał do niego, żądając np., by przez czas, w którym Superman utraci zdolność do latania, używał jakiegoś rodzaju jet-packa, jego przeciwnik Brainiac miał się natomiast poruszać latającym statkiem w kształcie ludzkiej czaszki – wszystko po to, by potem sprzedać jeszcze więcej zabawek.

W końcu Burton powiedział dość. Zaraz po nim tonący statek opuścił Nicolas Cage, zgarniając prawdopodobnie najwyższą gażę w historii kina – dostał 20 mln za to, że nie zagrał Supermana, postaci, którą pokochał tak bardzo, że urodzonego w 2005 r. syna nazwał Kal-El.

Karuzela z herosami

Ponieważ wydano już dziesiątki milionów dolarów, nikt w wytwórni nie miał odwagi ani żeby ostatecznie zamknąć projekt, ani tym bardziej wyłożyć jeszcze więcej pieniędzy, by wreszcie doprowadzić go do końca, czyli nakręcić film.

Zaczęły się więc kombinacje. Z jednej strony zatrudniono kolejnego scenarzystę Paula Attanasio („Quiz Show”, „Donnie Brasco”), płacąc mu oszałamiające 1,7 mln dol. tylko po to, by pół roku później zastąpić go J.J. Abramsem, obecnie reżyserem „Star Treka” i nowych „Gwiezdnych wojen”, wówczas znanym głównie dzięki pracy na małym ekranie. Z drugiej – ruszyły prace nad filmem „Batman vs Superman”, bo ktoś stwierdził, że dwóch herosów ma większe szanse na podbicie box office’ów niż jeden. Powstał bardzo dobry scenariusz, udało się nawet zaangażować znanego reżysera od dużych produkcji Wolfganga Petersena. Wszystko to jednak na nic, świetnie zapowiadający się obraz nigdy nie powstał, bo gdy Warner musiał wybrać, który film nakręcić, postawiono na „Superman Lives”, który w opinii producentów lepiej rokował, jeżeli chodzi o sprzedaż gadżetów i zabawek.

Tym, któremu ostatecznie udało się zakończyć trwający ponad dekadę proces preprodukcji i w końcu nakręcić jakiś film, był Bryan Singer. Silny sukcesem wyreżyserowanych przez siebie dwóch odsłon serii „X-Men” oraz błogosławieństwem twórcy pierwszego „Supermana” Richarda Donnera, przekonał Warner Bros., że to jego projekt wart jest realizacji. Jak to zrobił? Powiedział, że nakręci im obraz, który widownia już raz kupiła. Efekt – „Superman: Powrót”, którego premiera odbyła się w 2006 r., to kiczowaty, nieciekawy, pełen dziur logicznych i mało efektowny film, będący jednym z najdroższych w historii, bo jeśli doliczyć koszty preprodukcji, Warner musiał wyłożyć na niego 275 mln dol.

Być jak Batman

W Hollywood obraca się tak wielkimi pieniędzmi, że każda decyzja o zainwestowaniu w nowy projekt jest niezwykle trudna. Stąd bierze się ogromny konserwatyzm panujący w Fabryce Snów, robienie filmów „na jedno kopyto” i sezonowe mody – po tym jak w kinach brylował „Spider-Man” Raimiego, wszyscy zaczęli stawiać na lekkość i humor, a gdy sukces odniósł „Mroczny Rycerz” Nolana, nagle stwierdzono, że trzeba być mrocznym i stawiać na realizm.

Najlepszym dowodem na to, że pewność siebie, często wynikająca z sukcesu poprzedniego filmu, to wszystko, czego potrzeba w Hollywood, jest historia powstania „Człowieka ze Stali”. Na przełomie 2010 i 2011 r., podczas prac nad filmem „Mroczny Rycerz powstaje”, jego scenarzysta David S. Goyer wpadł na pomysł nowego Supermana. Zadzwonił więc do Christophera Nolana, ten z kolei do Warnera, po drodze zaangażowano Zacka Syndera jako reżysera i projekt ruszył z kopyta.

Zgodnie z komiksowym kanonem w „Człowieku ze Stali” ojciec Supermana (w tej roli Russell Crowe), chcąc ocalić jedynego syna (tego zagrał mało znany Brytyjczyk Henry Cavill), wyśle go na Ziemię, gdzie znajdą go Kentowie (Kevin Costner i Diane Lane). Chłopiec dorośnie, stanie się mężczyzną, a gdy świat dowie się o jego istnieniu, jego trop złapie bezwzględny generał Zod (Michael Shannon, nominowany do Oscara za kreację w „Drodze do szczęścia”) – wróg ojca głównego bohatera, ocalały z Kryptonu, który jeszcze na ojczystej planecie poprzysiągł odnaleźć Kal-Ela.

Jak widać, postanowiono zacząć od korzeni i jak to było w przypadku „Batmana – Początku”, będziemy obserwować proces kształtowania się bohatera, nie zabraknie nawet wątku tułaczki po świecie, podczas której heros będzie się zastanawiać, gdzie właściwie jest jego miejsce.

 

***

Na początku Superman nie latał

Nie wszyscy wiedzą, że najpotężniejszy z komiksowych superherosów zaczynał jako złoczyńca. Zanim w kwietniu 1938 r., po sześciu latach szukania wydawcy, zadebiutował w pierwszym zeszycie serii „Action Comics”, wymyślony przez scenarzystę Jerry’ego Siegela i rysownika Joego Shustera bohater pojawił się w krótkiej historii „The Reign of Superman”, opublikowanej na łamach fanzinu „Science Fiction: The Advance Guard of Future Civilization #3”. Był łysy, miał zdolności telepatyczne i po prawdzie bardziej przypominał swojego późniejszego arcywroga Lexa Luthora.

To był styczeń 1933 r. Kilka miesięcy później Siegel postanowił jednak, że Superman będzie postacią pozytywną i w ten sposób narodził się heros mniej więcej taki, jakim go znamy. Oczywiście, przez lata szczegóły ulegały modyfikacjom, na początku chociażby nie latał, w końcu jednak okrzepło coś, co można nazwać kanonem Supermana.

Naprawdę nazywa się Kal-El, jest synem Jor-Ela i Lary Lor-Van z planety Krypton. Gdy jego ojciec, naukowiec, zrozumiał, że ich glob ulegnie zniszczeniu, wsadził syna do eksperymentalnej kapsuły i wysłał na Ziemię. Tam znaleźli go Jonathan i Martha Kentowie, mieszkańcy miasteczka Smallville w amerykańskim stanie Kansas, nazwali imieniem Clark i wychowali jak własne dziecko.

Chłopiec różnił się jednak od rówieśników. W miarę jak dojrzewał, zyskiwał nowe moce, co wiązało się z faktem, że pod działaniem naszej żółtej gwiazdy (Krypton krążył wokół czerwonego słońca) jego komórki działały jak baterie słoneczne. Dysponował m.in. ogromną siłą, był nieludzko szybki, praktycznie niezniszczalny, potrafił zamrażać oddechem i razić laserami z oczu, no i latał. Jak się później okazało, jedyną substancją zdolną mu zaszkodzić był pochodzący z jego rodzinnej planety zielony kryptonit pozbawiający go mocy, a w wypadku dłuższej ekspozycji na jego promieniowanie mogący go zabić.

Miano „Superman” wymyśliła natomiast reporterka gazety „Daily Planet” Lois Lane, późniejsza koleżanka redakcyjna (po przybyciu do miasta Metropolis Clark zatrudnił się jako dziennikarz), a ostatecznie żona herosa. Nazwała go tak po tym, jak uratował prom NASA, tym samym zdradzając swoją obecność światu.

Wtedy to też bohater postanowił przywdziać charakterystyczny niebiesko-czerwony kostium z peleryną, mający chronić jego ziemskie alter ego przed ujawnieniem. Do dziś żyje więc jako Clark Kent, w razie potrzeby zrzucający ubranie reportera (słynna scena przebierania się w budce telefonicznej), pod którym zawsze kryje się strój ze znanym na całym świecie symbolem w kształcie litery „S”.

Pierwotnie artykuł ten ukazał się w tygodniu „Polityka” z czerwca 2013 roku.

Next Post

Previous Post

© 2018 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén