Kulturalny Człowiek

Stuart Turton: wywiad

„Gdy już wymyśliłem morderstwo, wziąłem wszystkie wskazówki w śledztwie i zaplanowałem każde dwie minuty każdego dnia każdej postaci – tak bym wiedział dokładnie, gdzie się znajdują w każdym momencie akcji. Mając te informacje, rozplanowałem je na wielkiej mapie całego domu i posiadłości. Całość wyglądała na mojej ścianie niemal jak gra planszowa” – mówi Stuart Turton, autor „Siedmiu śmierci Evelyn Hardcastle.

Marcin Zwierzchowski: Zacznijmy od kilku słów o twojej książce, dla tych, którzy jeszcze jej nie czytali.

Stuart Turton: Mój dyżurny tekst, mający zainteresować kogoś tą powieścią, brzmi tak: to historia tajemniczego morderstwa, w stylu starej dobrej Agathy Christie: odległa posiadłość ziemska, przyjęcie, a na nim arystokratyczni goście z sekretami, plus naprawdę skomplikowane zabójstwo. I to wszystko w pętli czasowej rodem z „Dnia Świstaka”. Jeden dzień powtarza się wciąż i wciąż, i wciąż, lecz za każdym razem o poranku mój bohater budzi się w ciele innego gościa przyjęcia. Z tego powodu ciągle wchodzi w interakcje z przeszłymi i przyszłymi wersjami samego siebie, a przy tym nie wszystkie jego wersje dążą do tego samego celu. To właśnie najdziwniejszy aspekt tej powieści – a to wiele znaczy w przypadku tekstu tak dziwacznego! Więc dzieje się mnóstwo rzeczy, ale w samym centrum jest historia kryminalna, rodem z Agathy Christie.

Kiedy podsuwałeś tę książkę agentom wydawniczym, czy szło z górki – bo pomysł był oryginalny, czy wręcz przeciwnie, było ciężko – bo pomysł był oryginalny?

Och, było ciężko! Co prawda agenta udało mi się znaleźć względnie łatwo, a następnie względnie łatwo – według standardów większości ludzi – udało się wydać powieść. Było to jednak skomplikowane w tym znaczeniu, że gdy wysłałem ją pięciu agentom, to po przeczytaniu, trzech z miejsca ją odrzuciło. Uznali, że jest zbyt złożona i że nie będzie na nią zbytu na rynku wydawniczym. Dwoje pozostałych zaprosiło mnie na pogawędkę, ale z pierwszą agentką miałem najgorsze spotkanie, jakie tylko możesz mieć z agentem. Sprowadziło się to do tego, że spytała mnie: czy widzę tę powieść jako historię morderstwa w stylu Agathy Christie, czy też jako powieść science fiction? Odparłem, że uważam tę książkę za mieszankę obu, ale przede wszystkim za historię kryminalną w stylu Agathy Christie.

Oj, agenci tego nie lubią. Wolą jasne kategorie.

Agentka poradziła mi, żeby wyciąć wątki SF i zrobić z tego jedynie kryminał w starym stylu.

Ale tego nie da się zrobić!

Z tego powodu pomyślałem: po co mi to spotkanie, skoro takie są twoje oczekiwania wobec mojej książki? Ale cóż, było ciekawie. Pomyślałem: to się nie uda. Ale dzięki temu, że wiedziałem o zainteresowaniu innego agenta, mogłem powiedzieć: dziękuję bardzo, ale nic z tego nie będzie, i wyjść z tego spotkania. Ostatni agent pojął moje zamiary, zgodził się z nimi – to było fantastyczne. Nie bez znaczenia było, że zajmuje się on także tekstami SF i fantasy. Wracając jeszcze do tej agentki: parę miesięcy po wydaniu mojej powieści, inny klient tej agentki wydał powieść o tajemniczym morderstwie w stylu Agathy Christie. Tak więc ewidentnie bardzo chciała takiej właśnie powieści i znalazła kogoś, kto ją dla niej napisał. Bardzo, bardzo dziwaczne doświadczenie.

Wydać tę powieść było całkiem ciężko w tym znaczeniu, że na początku mnóstwo ludzi mówiło, że się ona nie sprzeda, że jest zbyt skomplikowana, a ludzie nie lubią takiego mieszania gatunków. A potem, gdy już wyszła, nagle ludzie zaczęli pytać: czy masz już gotową kolejną podobną książkę, czy ktokolwiek inny pisze w ten sposób? Ale to typowe dla wydawniczego światka.

Wróćmy do powstania pomysłu na książkę. Jak wpadłeś na to, by połączyć Agathę Christie i „Dzień Świstaka”?

Po prostu chciałem napisać powieść w stylu Agathy Christie, i to od kiedy miałem osiem lat. Wtedy zacząłem hurtowo czytać jej książki i pokochałem je. Byłem opętany tymi kryminalnymi zagadkami, ale poszukiwałem także innych stylów pisarskich. Czytałem oczywiście powieści kryminalne złotego wieku tego gatunku, ale to nigdy nie było do końca to. I tak zapragnąłem napisać taką powieść. Jak mi poszło w wieku 21 lat? Paskudnie. Napisałem straszną, koszmarną powieść, którą potem spaliłem i wystrzeliłem prochy w kosmos. Po tym doświadczeniu uświadomiłem sobie, że brakowało mi oryginalnego pomysłu, czegoś, co odróżniłoby mnie od Agathy Christie i uchroniło od bycia jej gorszym klonem.

Dojście do tego pomysłu zajęło mi 12 lat. Zakładałem, że to będzie raczej tydzień czy miesiąc. W tym samym czasie zająłem się swoim życiem: zostałem dziennikarzem, podejmowałem te wszystkie małe życiowe kroki… Świetnie się bawiłem, ale przez te wszystkie lata mój umysł stale powracał do tej myśli, do tego niedoszłego konceptu.

12 lat później, jako dziennikarz podróżniczy leciałem z Dubaju do Kataru, żeby napisać reportaż. Była druga rano, a ja w drodze już całą dobę. Czułem się jak zombie, nawet nie ogarniałem, jaki film w tej chwili oglądam. I wtedy mój umysł natrafił na ten pomysł – po 12 latach wreszcie się pojawił, od razu w całej okazałości: a może po prostu intrygę w stylu Agathy Christie umieścić w pętli czasowej, jak w „Dniu Świstaka”, i dołożyć do tego zamianę ciał – jak w tym serialu, który zawsze kochałem: „Zagubiony w czasie”? Czemu nie zrobić tego Agacie Christie?

Ten pomysł był tak dobry, że byłem pewien, że zapożyczyłem go skądś, ukradłem go komuś, że widziałem jakąś zajawkę filmu, opartego na tej idei, albo może czytałem książkę z jego wykorzystaniem. Daję słowo, byłem pewien, że ktoś gdzieś już to zrobił. Więc pierwsze, co zrobiłem po wylądowaniu, to zacząłem guglać. Na całe szczęście, to nie był pomysł zerżnięty skądinąd, to był po prostu Ten Pomysł. Teraz musiałem go tylko zapisać.

Rozmawialiśmy o Agacie Christie, ale co innego czytujesz? W książce zauważyłem całą masę różnych wpływów literackich. Kogo lubisz czytać?

Niczego nie czytam z zapamiętaniem. Nie czytam na przykład powieści kryminalnych, co jest dość ciekawe. Kiedy porzuciłem Agatę Christie, przeczytałem całego Sherlocka Holmesa, potem Raymonda Chandlera, Dashiella Hammetta. Uwielbiałem to wszystko, ale potem już nie przeczytałem żadnego kryminału. Ta faza skończyła się, gdy miałem 12 lat. Przerzuciłem się na Salmana Rushdiego, a potem na Arundhati Roy, a potem na literaturę gotycką, a potem na Kafkę – czytałem mnóstwo Franza Kafki. I to wszystko jest w tej książce. To powieść w stylu Agathy Christie, ale wszystko poza tym jądrem nie pochodzi z innych kryminałów, tylko na przykład z Kafki – to poczucie dyskomfortu, zaniepokojenia, które odczuwasz podczas lektury Kafki.

Ponadto wpływ miały powieści gotyckie, Daphne du Maurier, ale także „Drakula” – to wrażenie, że sam dom jest jednym z bohaterów powieści, i to nie tym pozytywnym…

Maska lekarza z czasów dżumy – ten obraz, ten wizerunek jest żywcem wzięty z powieści gotyckiej.

Absolutnie uwielbiam powieści Arundhati Roy – „Bóg rzeczy małych” oraz „Ministerstwo niezrównanego szczęścia”. Ta pierwsza to moja ulubiona powieść. Kocham w niej to, jak poszatkowany jest czas, skutkiem czego są dwie historie. To znaczy historię masz jedną, ale jest ona opowiedziana chronologicznie odwrotnie – dostajesz fragmenty zakończenia na początku oraz fragmenty początku na końcu.

Musisz zatem uwielbiać filmy Christophera Nolana.

Nie myślałem o nich w czasie pisania, ale owszem, bardzo je lubię – „Memento”, i tak dalej. No i gry wideo – tony i tony gier wideo.

Czy w powieści znajdują się jakieś pozostałości tej spalonej wcześniejszej książki? Mówiłeś, że to też była powieść w stylu Agathy Christie.

Tak, niektóre postaci przetrwały. To na przykład Ravencourt – przerażająco otyły bankier. Postać Evelyn uległa przemianie. W spalonej powieści występował Poirotopodobny bystry detektyw, którego zachowałem także w pierwszej wersji tej książki. W tej wersji pod koniec ostateczny „gospodarz” mego bohatera stawał się takim Poirotem, który wszystko wyjaśnia – a to było bardzo rozczarowujące. Miałeś te wszystkie postaci, które okazywały się zbędne, bo przychodził taki jeden gość i robił całą robotę. Paskudne rozwiązanie, wynikające z mojego kurczowego trzymania się modelu Christie: detektywa tłumaczącego wszystko na końcu w wielkim monologu. Zdałem sobie sprawę, że takie zakończenie nie pasuje do tego tekstu – wszystkie postaci powinny w jakimś stopniu przyczynić się do zakończenia. Zatem pozbyłem się detektywa. Ponadto jest jeszcze jedna poboczna postać, wchodząca do gry nieco później – ona również pochodzi z tej zarzuconej próby. Jednak większość postaci napisałem od początku.

Porozmawiajmy zatem o samym procesie pisania. Wyobrażam sobie, że by napisać coś takiego, by ogarnąć taki materiał, trzeba podjąć specjalne starania?

Tak – po prostu wpadłem w obłęd na trzy lata.

To dlatego nikt do tej pory niczego podobnego nie napisał.

Właśnie! Szczerze mówiąc, gdybym wiedział, w co się ładuję, chyba bym się tego nie podjął.

I to pomimo to, że teraz już wiesz, że twój debiut okazał się sukcesem, a książka wyszła świetnie? Samo jej pisanie było tak trudne?

Musiałem bardzo wiele zaryzykować, by zrealizować ten pomysł. Jak mówiłem wcześniej, byłem dziennikarzem podróżniczym – to była moja wymarzona fucha, po prostu podróżowałem i pisałem. Miałem niezłe dochody, przyjemne mieszkanie i właśnie poznałem swoją dziewczynę. Od momentu, w którym wpadłem na pomysł na tę książkę, nie mogłem się uspokoić. Myślałem o tym od 12 lat, wiedziałem, że nie mogę pisać na boku, gdy akurat trafi się wolne popołudnie – muszę skupić się na tym i rzucić wszystko inne. Już na tym etapie koncepcyjnym wiedziałem, że będzie to mocno skomplikowana i trudna sytuacja. Wiedziałem także, że muszę wrócić do Anglii – potrzebowałem tych posiadłości, tej klasowej hierarchii społecznej, potrzebowałem tych wszystkich rzeczy, które są teraz w książce.

Nieodzowna była rozmowa z moją ówczesną dziewczyną, która była nią od raptem sześciu miesięcy: hej, czy kochasz mnie na tyle, by porzucić swoje wymarzone życie i pojechać ze mną do Anglii? I tak z apartamentu z widokiem na marinę i morze w Dubaju, wylądowaliśmy w Anglii w mieszkaniu z jedną sypialnią, tuż nad żłobkiem, gdzie wrzaski dzieciaków unosiły się z dołu wraz z zapachem zużytych pieluszek.

Zrezygnowaliśmy ze wszystkiego. Moja jeszcze wtedy dziewczyna, obecnie żona, podjęła pracę, której nie lubiła. Nie mieliśmy pieniędzy – mogliśmy stracić wszystko. Brałem jakieś fuchy, tylko tyle, by opłacić rachunki i skoczyć na drinka z przyjaciółmi. A potem ograniczyłem nawet to do trzech dni w tygodniu, by skupić się na książce – zarabiałem może z 900 funtów na miesiąc. Powiedziałem swojej obecnej małżonce, że pisanie zajmie mi rok. Po roku miałem plan i 50 000 słów. Wtedy powiedziałem jej, że potrzebuję kolejnego roku. Zażądała, bym pokazał jej to, co napisałem do tej pory. Czyli jakieś 100 stron, które przeczytała, i po tygodniu, zwracając mi je, powiedziała: co za szajs! Wtedy pomyślałem: o Boże, chyba popełniłem błąd.

Bałem się każdego dnia, każdego dnia miałem wątpliwości, nie miałem przekonania, że uda mi się dociągnąć ten projekt do końca. Im mocniej w to wchodziłem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, jakie to będzie trudne i jak wiele poświęceń żądam od mej partnerki. Powiedziałem jej przecież, że niewątpliwie odniosę sukces i że rezygnacja z poprzedniego życia będzie tego warta. A teraz nagle nie jestem niczego pewien, a przed sobą mam co najmniej półtora roku dalszej pracy.

Przejście przez to wszystko było niczym przejście przez piekło. Samo pisanie było w porządku – każdego dnia siadałem do pisania i coś tworzyłem. Potem to poprawiałem i poprawiałem, wciąż na nowo – robiłem mnóstwo pomyłek. Gdybym wiedział, ile napięć pisanie wywoła w naszym związku i jak kiepsko będę się wtedy czuł… wydaje mi się, że – może to dziwne – rozważyłbym, czy ma to sens.

A ten plan, który wspomniałeś? Jak go stworzyłeś? Jak mówiłeś, mamy głównego bohatera, przejmującego różne postaci, mamy pętlę i mamy wiele postaci w jednym miejscu.

Zacząłem od morderstwa. Co robi podróżujący w czasie detektyw? Przede wszystkim podąża krok w krok za ofiarą – to wszystko, co musi zrobić, by rozwiązać zagadkę. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, musiałem wynaleźć takie morderstwo, którego sprawcy nie da się w ten sposób ustalić. A to niewiarygodnie trudny do rozwiązania problem. Zajęło mi dwa miesiące samo rozpracowanie wszystkich komplikacji. Naturalnie dąży się do wymyślenia morderstwa tak skomplikowanego, że żaden racjonalnie myślący człowiek by go nie wymyślił ­– żeby to było takie „autorskie” morderstwo. Ale nie chciałem, żeby dało się poczuć, że to „autorskie” zabójstwo – nie chciałem przesadzić, w końcu to ma być powieść w stylu Agathy Christie. Nie mogło to też być zbyt zegarmistrzowskie morderstwo, w którym 97 rzeczy musi wydarzyć się w ściśle określonej kolejności. Gdy już wymyśliłem morderstwo, wziąłem wszystkie wskazówki w śledztwie i zaplanowałem każde dwie minuty każdego dnia każdej postaci – tak bym wiedział dokładnie, gdzie się znajdują w każdym momencie akcji. Mając te informacje, rozplanowałem je na wielkiej mapie całego domu i posiadłości, którą narysowałem. Wtedy zacząłem przenosić pokoje – TE postacie musiały przejść STĄD DOTĄD, TO się nie może zdarzyć o TEJ porze, więc TEN pokój musi znaleźć się TUTAJ, cmentarz jest TUTAJ, więc TO musi zdarzyć się TAM, bo w innym wypadku TA osoba usłyszy TEN wystrzał. A kiedy już miałem to wszystko zaplanowane, zajęło mi około trzy miesiące połączenie tego w taki sposób, by wszystko, co się tam znalazło, kliknęło we właściwy sposób. Potem stworzyłem chronologiczną linię zdarzeń. Gdy miałem już za sobą całe planowanie, usiadłem i zacząłem spisywać historię. Ogół planowania był również podzielony na rozdziały, gdyż potrzebowałem, by TA wskazówka trafiła TUTAJ, bo wtedy prowadzi do TAMTEJ, TEN trop prowadzi TAM, a TUTAJ wstawię fałszywą wskazówkę, która doprowadzi postaci TAM. Całość wyglądała na mojej ścianie niemal jak gra planszowa – dwa kroki do przodu, jeden krok w tył.

Nie miałeś żadnej przestrzeni na improwizowanie czy zmiany?

W pewnym momencie spróbowałem tego, ale skończyło się na tym, że musiałem wyrzucić 40 tysięcy słów. Odszedłem daleko od planu i wciąż próbowałem do niego wrócić. Pokochałem ten pomysł, na który wpadłem w trakcie, na tyle, że odszedłem od planu, by go dopisać, a potem dopisałem jeszcze jeden i jeszcze jeden. Jednak cała historia kompletnie zjechała z kursu, więc ostatecznie musiałem odciąć ten wątek – cztery miesiące roboty.

Jakie są twoje następne plany? Coś podobnego? Może kontynuacja?

Moi wydawcy uznali, że to skończona historia – odrębna i niewymagająca kontynuacji. Po prostu chcieli, bym zajął się już czymś innym, napisał kolejną powieść pełną intrygi i rozrywki. Zatem następną powieścią będzie horror. To znaczy horror pomieszany z intrygą, zamiast science fiction zmieszanej z intrygą. Zapowiada się kupa zabawy.

Z angielskiego przełożył Michał Kubalski.

Fot. Charlotte Graham ( https://www.wydawnictwoalbatros.com/autorzy/stuart-turton/)

Next Post

Previous Post

© 2020 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén