Kulturalny Człowiek

Stephen King i jego współautorzy – dwie premiery

„Śpiące królewny” napisał wraz ze swoim synem, Owenem, „Pudełko z guzikami Gwendy” powstało natomiast z pomocą Richarda Chizmara. Król Horroru chętnie dzieli się pracą z innymi, co niekoniecznie służy samym opowieściom.

Obie książki, ukazujące się w Polsce w krótkim odstępie czasu, zostały stworzone przez pisarskie duety. Ich genezy są jednak inne. W przypadku „Śpiących królewien” Owen przyszedł do swojego ojca z pomysłem na opowieść w świecie bez kobiet, który to pomysł Stephenowi się spodobał, zachęcał więc syna do napisania tej powieści. Ten odparł, że powinni stworzyć ją wspólnie – i tak się stało. Praca wyglądała tu tak, że pisali na zmianę różne rozdziały, dodatkowo niekiedy zostawiając „dziury” w scenach, tak by ten drugi wypełnił, co miało być zmyłką dla czytelników, którzy nie byliby w stanie powiedzieć: „O ten rozdział napisał ojciec, a ten napisał syn”. Z „Pudełkiem…” – które jest de facto mikropowieścią, liczy niecałe 200 stron (przy dużej czcionce) – było zgoła inaczej, bo Stephen King wcale nie planował dzielić się tą opowieścią, jej pisaniem, z kimkolwiek innym, ale w pewnym momencie po prostu się zaciął i nie był w stanie jej kontynuować. Ponieważ jednak nie chciał, by pomysł się zmarnował, skontaktował się z Chizmarem, który w dorobku ma wyłącznie opowiadania, i zapytał, czy ten nie zechciałby mu pomóc. Cóż, Królowi się nie odmawia.

Obie te książki łączy jeszcze fakt, że są raczej przeciętne. Zwłaszcza „Królewny” prezentują poziom sporo niższy od tego, do czego przyzwyczaił nas King senior. Nie warsztatowo, na poziomie języka, ale w samej historii, która po prostu nie wciąga, nie angażuje. To chyba też kwestia bohaterów – jest ich naprawdę sporo, ale nikt nie intryguje, nikt nie przykuwa naszej uwagi, zdarzają się nawet postaci papierowe, chodzące stereotypy, dorzucone do opowieści na zasadzie „bo fabuła teraz tego potrzebowała”. Po raz pierwszy od dawna, w przypadku powieści Stephena Kinga, naprawdę czułem więc „ciężar” tych ponad siedmiuset stron. Tym bardziej, że jak na pomysł wyjściowy, czyli pozbawienie świata kobiecej ręki (przedstawicielki płci pięknej zasypiają w kokonach, w wyniku działania wirusa Aurora), mam wrażenie, że Kingowie nie mieli nam nic specjalnie odkrywczego do powiedzenia, raczej tylko powtórzyli truizmy typu: faceci nie poradziliby sobie z dziećmi, faceci są bardziej agresywni, gdyby rządziły kobiety świat byłby lepszy, i tak dalej. Nie, że zaprzeczam tym stwierdzeniom – raczej chodzi o to, że nie muszę czytać opasłej powieści, by ktoś mi je powtarzał.

Lepiej sytuacja ma się w przypadku „Pudełka…”, któremu to tekstowi skrótowa forma służy. To też opowiadanie, które nikogo nie zszokuje ani nie odmieni jego spojrzenia na świat, ale bohaterka ma w sobie sporo uroku, a opowieść o jej dojrzewaniu i przemianie, akceptacji siebie, przyćmiewa wątek tytułowego pudełka, który w zasadzie jest tu tylko ozdobą.

Jeżeli miałbym wskazać, która z tych dwóch książek jest bardziej w duchu prozy Stephena Kinga, byłoby to właśnie „Pudełko…”, bo w nim to najbardziej niezwykła okazuje się zwykła codzienność, a najbardziej interesujące są nie magiczne przygody tej bohaterki, a szczegóły jej normalnego życia. Tu też autorzy wyraźnie chcieli powiedzieć nam coś zajmującego o ciągotach ludzi, ludzkości jako całości, do autodestrukcji, co tytułowe pudełko reprezentuje.

Mamy więc w „Królewnach…” opowieść długą, wcale nie skomplikowaną, ale przeładowaną bohaterami i dygresjami, w „Pudełku z guzikami Gwendy” z kolei dostajemy destylat historii, w zasadzie w długości dłuższego opowiadania. Dziwić może, że ciekawszą jest ta druga pozycja, w końcu King senior to król zajmującego pisania o nawet najnudniejszych rzeczach, ale prawda jest taka, że w „Śpiących królewnach” chyba on i Owen chcieli dać za dużo od siebie – czuje się, jakby każdy z nich chciał się wykazać, dołożyć coś nowego, dopisać kolejną zaskakująca scenę, wprowadzić kolejnego bohatera. To daje przesyt.

Będąc zupełnie szczerym natomiast, zamiast tych dwóch raczej przeciętnych pozycji polecę „Strażaka” Joe’go Hilla. Wszystko zostanie w rodzinie, a powieść dużo lepsza od nowych pozycji jego ojca i brata.

Next Post

Previous Post

© 2020 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén