Kulturalny Człowiek

Kto jest silniejszy: Thor czy Hulk?

Reżyser Taika Waititi odcisnął wprawdzie na „Thorze: Ragnaroku” swoje piętno, najnowszy film z Kinowego Uniwersum Marvela ponownie wpada jednak w te same fabularne schematy, co niemalże wszystkie poprzednie. W skrócie: fajnie, ale bez szału.

Szkoda, bo gdy za kamerą historii o Bogu Piorunów staje facet, który wcześniej dał nam wspaniałe „Co robimy w ukryciu”, czyli jeden z najciekawszych i najzabawniejszych filmów o wampirach w historii, uzasadnione są nadzieje, że zaskoczy nas czymś przynajmniej tak świeżym, jak „Strażnicy Galaktyki” czy „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz”. (Jasne, i te obrazy doskonale wpisywały się w MCU, czerpiąc w wielu jego schematów, zdołały jednak rozepchać się na tyle, by mieć swój własny, unikalny styl.)

To generalnie jest udany film, który zapewni widzom przyjemne nieco ponad dwie godziny w kinie, bo – co jest dla Marvela standardem – świetnie łączy akcję i komedię, jest efektowny, i ma sporo świetnych postaci. Co ważne, w „Ragnaroku” nie tylko powracają znani i lubiani Thor i Loki, ale poznajemy również innego Hulka, a uwagę w każdej scenie z sobą kradnie Walkiria, głównie dzięki charyzmie wcielającej się w nią Tessy Thompson. Nawet Hela wypada wyjątkowo udanie jako czarny charakter, a przecież z tworzeniem tych filmy Marvela od zawsze miały problem. Tu rzecz jasna ukłon w stronę Cate Blanchett, która pokazała swoje demoniczne oblicze.

Na co więc narzekam, skoro jest tak dobrze? Po pierwsze, powtórzmy, że „Thor: Ragnarok” to film udany, w kinie bawiłem się świetnie. Po seansie znowu, jak po „Spider-Man: Homecoming”, jak po „Strażnikach Galaktyki vol. 2”, jak po „Doktorze Strange’u” czy jak po „Ant-Manie” dopadło mnie uczucie, że oglądam kolejny odcinek serialu, gdzie zmienia się część postaci, zmienia się reżyser, ale generalnie od ładnych kilku lat daje mi się to samo, nawet fabularnie, tylko w nieco innym opakowaniu. Bo wiecie, znowu mamy pojawiającego się znikąd wielkiego złego, który początkowo spuszcza naszemu bohaterowi bęcki, a potem ściera się z nim w wielkiej walce, obowiązkowo z użyciem armii jakiś stworków, które giną z ręki herosa i jego przyjaciół, niczym zboże w starciu z kombajnem. Nie ma dramatyzmu w walce, która rozgrywa się i kończy dokładnie tak, jak wszystkie inne poprzednie!

Na pewno pomaga „Ragnarokowi” dodanie wątków z komiksu „Planeta Hulka”, bo te właśnie są czymś nowym. I pewnie oceniałbym je jeszcze wyżej, tę wyprawę na inną planetę, gdyby nie „Strażnicy Galaktyki”, którzy już mi kosmos według Marvela, barwny i pełen życia, pokazali, teraz więc znowu mamy tylko wizualną powtórkę.
„Thor: Ragnarok” jest więc zdecydowanie najlepszym filmem w trylogii o Bogu Piorunów. Ale to wiele nam nie mówi, bo dwa poprzednie nie były jakoś szczególnie udane. Jeżeli przyjąć miarę tego roku, oceniam ten film wyżej, niż „Strażników Galaktyki vol. 2”, i na równi ze „Spider-Man: Homecoming”.

Mam też przy tym nadzieję, że gdy już „Avengers: Infinity War” zamknie Trzecią Fazę w Kinowym Universum Marvela i dokonają się w nim spore zmiany fabularne i personalne, Kevin Feige poszuka również dla tych filmów innej formuły tonowej, bo za nami już aż siedemnaście obrazów, które – z kilkoma wyjątkami – zaczynają zlewać się w jednorodną masę.

Next Post

Previous Post

© 2019 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén