Kulturalny Człowiek

Samouk, filmowiec, gwiazda – wywiad z Kevinem Smithem

Twórca „Sprzedawców” czy przygód Jaya i Cichego Boba filmy zaczął kręcić przez przypadek i tak mu już zostało. Poza tym Kevin Smith robi niemalże wszystko, od pisania komiksów, do występowania na żywo, jest wielkim fanem popkultury i jej żywą ikoną.

Marcin Zwierzchowski: Jesteś dosyć surowy dla samego siebie i dla swoich dzieł.

Kevin Smith: Sądzę, że jak większości ludzi na tej planecie szczerze nie imponuje mi dorobek twórczy Kevina Smitha. W najlepszym wypadku są to rzeczy, które da się znieść.

Nie za ostra ta ocena?

To kwestia celu. Ja po prostu chcę robić filmy. Nie chodzi o to, żeby nakręcić najlepszy obraz na świecie, albo żebym był najlepszym reżyserem w historii, nie mam ambicji zdobycia Oscara. Mnie po prostu interesuje opowiadanie historii. Któregoś dnia zobaczyłem „Slackera” Richarda Linklatera i doszedłem do wniosku, że może i ja potrafiłbym coś nakręcić.

Pierwsza moją próbą byli „Clerks – Sprzedawcy”, i ten film powstał, więc zaraz potem ludzie zaczęli mnie pytać, co chciałbyś zrobić następnego. A ja nie szkoliłem się wcześniej jeżeli chodzi o tworzenie filmów, nie widziałem nawet siebie jako reżysera czy w ogóle kogoś tworzącego filmy, była to dla mnie zupełnie nowa idea. Ostatecznie wyszło na to, że kręcenia filmów uczyłem się w biegu – kręcąc filmy. Większość ludzi w tym zawodzie najpierw idzie do szkoły filmowej, gdzie uczy się fachu, a dopiero potem prezentuje ludziom swoje dzieła. Ja natomiast najpierw zaprezentowałem swój film, a dopiero potem latami starałem się opanować rzemiosło.

Gdy kręciłem pierwszy film, nie miałem pojęcia, co robię. Wydawało mi się, że coś brzmiało śmiesznie, więc kazałem aktorom to mówić, kazałem stać w tym miejscu i coś powiedzieć, innej osobie kazałem powiedzieć coś innego. A przecież tworzenie filmów to coś więcej. I dojście do tej wiedzy zajęło mi dwie dekady, na razie jakoś to idzie.
Ja sam uwielbiam rzeczy, które robię, jestem największym na świecie fanem Kevina Smitha, i zawsze cieszę się, gdy zrobi coś nowego, bo wiem, że to coś dla mnie. Ale biorąc pod uwagę moją drogę w świecie filmu, rozumiem, że moje dzieła nie są dla wszystkich. Mogę tylko mieć nadzieję, że od czasu do czasu uda mi się zrobić również coś dla nich. Trafiam na wiele opinii osób, którym nie podoba się to, co robię teraz, ale lubili moje poprzednie filmy, więc skoro w ogóle kiedyś do nich trafiałem, to się cieszę i nie mogę oczekiwać więcej. Nie jestem typem filmowca, który chce dotrzeć do jak największej liczby odbiorów, wiem, że nie wszystkim się spodobam. Ja po prostu chcę opowiadać swoje historie.

Kadr z filmu „Dogma”

Tworzyłeś bardzo różne historie, więc jest w czym wybierać.

Tak, zgadza się, przecież nie tworzę tylko filmów, robię mnóstwo innych rzeczy, które interesują mnie bardziej, niż kino. Kocham podcasty. Uwielbiam występy na żywo. Choćby dlatego, że gratyfikacja jest tu natychmiastowa, podczas gdy kręcenie filmów to długa i żmudna robota i trochę trwa, nim od pomysłu na coś, poprzez wykonanie dojdzie się do momentu, gdy można podzielić się tym z ludźmi. To potrafi trwać tak dłuuuuugo, niekiedy i rok, od momentu, gdy zapiszesz żart w scenariuszu do chwili, gdy opowiesz go przed kamerą, a i półtorej roku, zanim publika go usłyszy. I wtedy może się okazać, że to, co wtedy było oryginalne, już takim nie jest. Gdy więc występujesz na żywo lub nagrywasz podcast, wszystko dzieje się natychmiast, twoje słowa idą w świat. Masz natychmiastową reakcję, no i masz pewność, że jesteś pierwszym, który coś powie, więc choćby żart nie czeka już półtorej roku, by wybrzmieć.

Znalazłem więc sobie inne media, które są dla mnie tak samo atrakcyjne, jak praca reżysera.

Zdarzyło ci się odrzucić ofertę pracy, której to decyzji później żałowałeś?

Może to niekoniecznie był żal. Ale przed lat, gdy byłem jeszcze dzieciakiem, Ben Affleck i Matt Damon napisali scenariusz „Buntownika z wyboru”, do którego prawa kupiła wytwórnia Castle Rock. A ponieważ wtedy pracowaliśmy nad „Szczurami z supermarketu”, a zaraz potem nad „W pogoni za Amy”, pracowałem z Benem i on opowiadał mi o tym scenariuszu. O którym wiedziałem od momentu, gdy Ben zjawił się na przesłuchanie do roli w „Szczurach…”, bo dokładnie wtedy w prasie zaczęły ukazywać się artykuły o tym, że Castle Rock kupiło „Buntownika…” za osiemset tysięcy dolarów. Gdy więc Ben do nas przyszedł, pogratulowałem mu i zapytałem, co robi na przesłuchaniu do mojego filmu, skoro właśnie sprzedał scenariusz, a wtedy powiedział, że zanim „Buntownik…” postanie minie jeszcze sporo czasu.

I miał rację, bo Castle Rock się nie śpieszyło. Po roku Ben powiedział mi, że jest szansa wyciągnięcia od nich tego scenariusza z powrotem, i że wytwórnia zgodzi się nam go oddać, jeżeli w przeciągu dwóch miesięcy znajdziemy dla filmu nowe studio. Gdyby to się nie udało, Castle nie oddałby już „Buntownika…”, Ben i Matt zostaliby odsunięci od projektu i Castle zrobiłoby film po swojemu. A oni chcieli zamiast nich w głównych rolach obsadzić Leonardo Dicaprio i Toby’ego MacGuire’a.

Ben zapytał więc, czy mógłbym pokazać scenariusz w Miramaxie. Zrobiłem to, a oni go kupili. I gdy „Buntownik…” trafił do nowej wytwórni, Ben, Matt i Miramax stwierdzili, że fajnie byłoby, gdybym ja nakręcił ten film. To było zaraz po tym, jak zakończyłem pracę nad „W pogoni za Amy”, wierzyli więc, że podołałbym zadaniu. Ja jednak nie miałem tej pewności siebie, nie potrafiłem wyobrazić sobie, jak mógłbym ekranizować nie swój scenariusz. Nieustannie wracałbym do Bena i Matta z pytaniami, jak widzieli daną scenę, gdy ją pisali, a w takim wypadku to sumie sami mogliby reżyserować ten film. Dlatego lobbowałem za tym, żeby to oni stanęli także za kamerą.

Ben Affleck w końcu okazał się być świetnym reżyserem.

Właśnie! Ja zaś miałem takie podejście, że skoro byli w stanie napisać scenariusz tego filmu, potrafiliby i go wyreżyserować. Sam tak przecież robiłem. Matt i Ben uwielbiali jednak Gusa Van Santa, z którym Casey, brat Bena, pracował nad „Za wszelką cenę”, byli więc z nim blisko. Wybrali go, wyszedł piękny film.

Nie żałuję tego, że nie chciałem podjąć się tego zadania. Ale też zastanawiam się, jaki byłby „Buntownik…”, gdybym ja go nakręcił. Nie tak dobry, jak ten istniejący, i nie sądzę, by zdobył jakiekolwiek wyróżnienie. Dlatego cieszę się, że odmówiłem. Mogę jednak gdybać.

Kadr z filmu „Jay i Cichy Bob kontratakują”

Jako fana i twórcę komiksów interesowałoby cię nakręcenie wysokobudżetowego filmu superbohaterskiego?

Nie. Choć lubię kręcić odcinki seriali dla stacji CW.

To odpowiedź z kategorii zaskakujących.

Wiem. Większość ludzi sądzi, że pewnie takie marzenie siedzi w moim DNA. Ale chodzi o to, że gdy ja coś kręcę, zwykle zajmuje to tydzień, dwa, może trzy, a sceny z jedynie gadającymi bohaterami są łatwe. W przypadku „Supergirl” czy „Flasha” jeden odcinek kręci się tylko dziewięć dni, a więc bardzo szybko. Natomiast nakręcenie takiego wysokobudżetowego obrazu komiksowego to rok, może i półtorej roku wyjęte z twojego życia.

Inna rzecz, że te filmy wymagają wyobraźni wizualnej, której ja nie posiadam. Nie byłbym w stanie opracować takich ujęć czy scen, które wyglądałby tak dobrze, że ruszyłbyś tyłek z domu i zapłacił niemałe pieniądze, żeby zobaczyć je na wielkim ekranie. Zack Syder przy „Batman v Superman”, „Człowieku ze stali”, czy wcześniej w „300” robił takie trailery, że można było wpatrywać się w poszczególne ujęcia.

„Strażnicy”…

Zwiastun „Strażników” jest genialny! Sprawił, że uwierzyłem, że mu się udało, że rozgryzł, jak zrobić film na podstawie tego komiksu. Ja tak nie potrafię, nie stworzyłbym czegoś takiego, nie sprawiłbym, że chciałbyś pędzić do kina. Dałbym radę w scenach dialogowych, ale to nie one sprzedają filmy, bo film to przede wszystkim doświadczenie wizualne.

Bardziej pasowałby ci więc napisanie scenariusza do takiego filmu.

Tak, wydaje mi się, że to mogłaby by moja rola w takiej produkcji.

Napisałbyś w scenariuszu: „A teraz się biją” i ktoś inny by to nakręcił.

Zgadza się. I są ludzie, którzy uwielbiają tworzyć takie sceny, którzy kochają opracowywać stronę wizualną, nieważne, ile to im zajmuje. Oni mogą pracować nad idealnym ujęciem i pół roku. Dla mnie to za długo, znudziłbym się.

Niedługo Jay i Cichy Bob powrócą w nowym filmie. Co tym razem będą porabiać?

Z produkcją ruszyliśmy w styczniu 2017 roku. To sequel „Jay i Cichy Bob kontratakują” i… to w zasadzie identyczny film (śmiech). Jay i Bob dowiadują się, że w Hollywood powstać ma reboot filmu „Bluntman and Chronic”, udają się więc tam, by ich powstrzymać.

Ten film to naśmiewanie się mody na sequele, remake’i, rebooty i kręcenia w kółko tego samego.

Wywiad przeprowadzono w trakcie New York Comic Con.

Foto główne: Gage Skidmore

Next Post

Previous Post

© 2019 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén