Kulturalny Człowiek

Rosja, mróz i dziewczyna

Tradycja ściera się z postępem w opowieści, której fundamentem jest rosyjski folklor, a która ewoluuje w historię niezwykle silnej młodej kobiety.

W trylogii Katherine Arden – na ile mogę wnioskować po lekturze dwóch tomów – najbardziej doceniam fakt, że nie jest to historia statyczna; druga książka w serii nie stanowi po prostu ciągu dalszego pierwszej, ale przenosi bohaterkę w nowe realia i choć koniec końców wraca do tego, co było fundamentem tomu pierwszego, robi to w zupełnie inny sposób.

Jeżeli miałbym jakoś klasyfikować „Niedźwiedzia i słowika”, postawiłbym tę książkę gdzieś między półkami z tabliczkami „Horror” i „Literatura młodzieżowa”. Najlepiej zaś, by rzeczona półka była choćby odrobinę przysypana śniegiem, bo z lektury pierwszej powieści Arden najbardziej został ze mną chłód rosyjskiej zimy, groza białego leśnego pustkowia i życia w skrajnie trudnych warunkach; te sceny z zimowych nocy, gdy coś przemykało tuż za oknem, kryło się gdzieś na granicy lasu. Przemykać natomiast miało co, ponieważ autorka garściami czerpała z bliskiego i nam rosyjskiego folkloru, snując opowieść o zamieraniu tradycji i tych, którzy powoli zapominali, dlaczego niegdyś bali się ciemności. Aż w końcu ciemność po nich nie przyszła…

Przy czym przewodnim tematem „Niedźwiedzia…” jest walka młodej dziewczyny, Wasilisy, o prawo do samostanowienia i wyrwania się spod skostniałych łap patriarchatu; ciekawe, że ci, którzy kpili z bohaterki, bo ta wciąż wierzyła w istoty z lokalnego folkloru, w sferze obyczajowej pozostawali równie „antyczni”, jak to, z czego się nabijali. Łączy też ten fundament pierwszą książkę z drugim tomem serii, złożonej z podobnych elementów, w zupełnie innych jednak proporcjach.

„Dziewczyna z wieży” to już przede wszystkim powieść przygodowa, gdzie akcja przenosi się z mroźnej głuszy do serca dawnej Moskwy, a większym zagrożeniem niż legendarne stwory (choć te nie nikną całkowicie) okazują się ludzie. Arden odchodzi od horroru, można powiedzieć, że wychodzi z mroku do światła, rzucając Wasilisę w świat wielkich wojów, wielkiej polityki i wielce zapatrzonych w siebie mężczyzn. Jest to więc druga próba charakteru dla naszej bohaterki, która po zmierzeniu się z grozą nadnaturalną, teraz stawia czoła bardziej rzeczywistym, ale przez to może wręcz trudniejszym przeszkodom – w końcu by zmienić kwestie praw i wolności kobiet w konserwatywnym społeczeństwie nie wystarczy ani żaden urok, ani nawet modlitwa do jednego z dawnych bożków.

Jeżeli natomiast komuś przyjdzie do głowy myśl, że Arden idzie tu w nachalną dydaktykę i poddaje fabułę przesłaniu – nic bardziej mylnego. Autorka wpisuje się po prostu w przybierający na sile nurt, w który fantasy wzbogaca się o historie pisane przez kobiety, o kobietach. Zresztą, samo słowo „nurt” pojawia się w takich rozważaniach z powodów kuriozalnych – bo przecież nie powinno być tak, że tylko chłopcy i męska młodzież może odnajdywać się w fabułach o wybrańcach, obecnie więc, wraz z otwieraniem się na nowych czytelników (zwłaszcza czytelniczki) i nowych autorów (i autorki), fantastyka przestaje być gatunkiem tak homogenicznym.

Dobra opowieść musi zaś podobać się różnym odbiorcom, czy to będzie nastoletnia dziewczyna, czy brodaty facet z kilkoma dekadami życia na karku. I u Katherine Arden odnajdziemy tę uniwersalność, wynikającą z połączenia doskonale wykreowanej postaci Wasilisy ze światem łączącym brutalny realizm wczesnego średniowiecza i magię nico zapomnianych już legend.

Przy okazji wracamy też do trwającej od lat dyskusji co do tego, czym jest literatura młodzieżowa, i czy naprawdę oznacza to, że jej odbiorcami winna być wyłącznie czy też choćby przede wszystkim młodzież. Bo też, nie licząc głównego wyróżnika tej prozy, czyli młodego bohatera/młodej bohaterki, wszystko inne jest w zasadzie bardzo płynne, od pokazywania przemocy („Zatopione miasta” Bacigalupiego), przez dawkę grozy („Kroniki Wardsotne” Josepha Delaneya), aż po sam eskapizm (u Arden trudno nie dostrzec analogii do współczesności).

Trylogię zamknie „Zima czarownicy”.

Recenzja pierwotnie ukazała się w miesięczniku „Nowa Fantastyka”.

Next Post

Previous Post

© 2020 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén