Kulturalny Człowiek

Rafał Kosik o wychowywaniu czytelników

Rozmowa z Rafałem Kosikiem, autorem uhonorowanej właśnie Nagrodą im. Janusza A. Zajdla powieści SF „Różaniec”, oraz cyklu dla młodzieży „Felix, Net i Nika”, którego pierwszy tom trafił na nową listę lektur.

Marcin Zwierzchowski: „Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi” trafiła na listę lektur obowiązkowych. Lektura szkolna – to się raczej źle kojarzy, przynajmniej dla uczniów.

Rafał Kosik: Pierwszy tom „Felixa, Neta i Niki” znalazł się na liście lektur do szkoły podstawowej. Uważam, że najważniejszym zadaniem lektur dla dzieci w tym wieku powinno być wytworzenie potrzeby czytania i pokazanie, że można z tego czerpać przyjemność. I taki właśnie cel przyświeca mi od początku pisania tej serii. Nie potrafię podać konkretnych tytułów, które nadają się, lub nie, do kanonu, ale pewien jestem, że lektury dla młodego czytelnika powinny prezentować różne gatunki i style, by wszyscy mogli znaleźć coś dla siebie. Nie istnieją przecież książki, które spodobają się każdemu. Klasyka też jest ważna, choćby dlatego abyśmy posługiwali się tymi samymi kodami kulturowymi, lecz w kanonie powinna się pojawić w wyższych klasach. Dajmy najmłodszym czas, aby się przekonali, że czytanie jest po prostu fajne.

Ciebie samego szkoła nauczyła czytać książki, czy raczej zniechęcała, a potem „odratował” cię ktoś inny? Mnie lektury odrzucały, a przemiana dokonała się z pomocą nauczyciela, który w ramach dodatku podsuwał nam „Wiedźmina” i „Władcę pierścieni”.

Literaturą zainteresował mnie mój tata, który codziennie czytał mi książki przed snem. Lektury szkolne w większości mi się nie podobały i gdyby nie to, że już wtedy czytałem dużo książek wybieranych samodzielnie, być może znienawidziłbym czytanie. Pierwszą naprawdę ciekawą lekturą szkolną były dla mnie „Bajki robotów” Lema. Moich zachwytów nie podzielała większość kolegów, co tylko dowodzi, że nie ma książek uniwersalnych, dobrych dla wszystkich.

Pierwsze tomy „Felixa…” pisałeś, gdy rynek książek dla młodzieży raczkował, obecnie kolejne książki z serii rozchodzą się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. Teraz, gdy trafisz do szkół, grono czytelników jeszcze wzrośnie. Czujesz ciężar odpowiedzialności, wiedząc, że poprzez te historie przemawiasz do tak dużej rzeszy młodych ludzi?

Tak. Piszę również dla dorosłych i wiem, co nie powinno się znaleźć w książce dla młodego czytelnika. Czuję odpowiedzialność i mam świadomość, dla jakiego odbiorcy piszę. Staram się dyskretnie i w sposób przystępny przekazywać wzorce pozytywnych postaw, nie epatując jednocześnie moim światopoglądem. Zamiast podawać gotowe rozwiązania, przedstawiam sposoby dochodzenia do nich. Staram się wychować myślących czytelników.

Czytelników masz jednak różnych, bo piszesz powieści dla dorosłych, dla młodzieży, jak i dla młodszych dzieci – w jaki sposób różnicujesz swoje historie, zależnie od tego, dla kogo piszesz?

Staram się wczuwać w czytelnika, przy czym o ile pisząc dla dorosłych, średnio się przejmuję tym, co kto pomyśli o mojej literaturze, o tyle pisząc dla młodszych, pracuję nad tym, aby książka była jak najbardziej intersująca właśnie dla nich. Kombinuję, o czym by chcieli przeczytać, co ich zainteresuje.

Gdy piszesz dla młodych odbiorców, włącza ci się wewnętrzny cenzor, który każe opisywać nieco inny świat? Bo twoje powieść SF są raczej ponure, „Amelia i Kuba” to zaś świat skomplikowany, ale ogólnie pozytywny. Dyskusja o tym, ile trudnej prawdy o rzeczywistości winno się przelewać do książek dla dzieci i młodzieży wciąż trwa.

Jestem przeciwnikiem chowania dzieci pod kloszem, może nie od razu musimy im czytać bajki braci Grimm w oryginalnym brzmieniu, ale im bardziej ukrywamy przed nimi negatywne aspekty świata, tym twardsze będzie później zderzenie z rzeczywistością i tym trudniej będą sobie potem radzić, gdy nas i tego klosza zabraknie. Uciekanie przed problemami nie powoduje, że one znikają, a nauka rozwiązywania tych małych-wielkich problemów dzieciństwa pozwala poznać metodę odpowiedniego rozwiązywania problemów dorosłości.

Wracając do „Różańca”. Długo kazałeś czekać swoim dorosłym czytelnikom na nową powieść fantastyczno-naukową. Od „Kameleona”, za którego otrzymałeś zarówno Nagrodę im. Janusza A. Zajdla (przyznawaną przez fanów), jak i „Nagrodę im. Jerzego Żuławskiego (tu decyduje jury złożone z naukowców), minęło aż dziewięć lat. Skąd taka przerwa?

Trudno przeskoczyć samego siebie. Miałem świadomość, że teraz wszyscy oczekują jeszcze lepszej powieści. I zadziałało to demotywująco. Nie chcę ani nie potrafię pisać na siłę. W otchłaniach dysków moich komputerów leży wiele projektów, które zapewne nigdy nie zostaną skończone. „Różaniec” omal nie stał się jednym z nich. Młodzi czytelnicy domagali się kolejnych tomów „Felixa”, a ja bardzo lubię tę serię.

Tych młodych czytelników jest zaś o wiele więcej, niż odbiorców twoich „dorosłych” książek. Zakładając więc, że względy finansowe nie istnieją i twoje powieści SF dla dorosłych znajdują tyle samo odbiorców, co bestsellerowa seria „Felix, Net i Nika”, które książki chętniej piszesz?

I tworzenie literatury dla młodych czytelników, i pisanie dla dorosłych sprawia mi jednakową frajdę. Tyle że na czas pisania dla konkretnego czytelnika zamieniam się w trochę innego Rafała Kosika. Nie znaczy to, że pisząc na przykład opowiadanie ze świata Bolka i Lolka, dziecinnieję, staję się jednak bardziej wrażliwy na konkretne tematy. Najtrudniejsze jest przestawienie się na inny styl pisania. Poza tym, że zawsze chcę napisać najlepszą, jak potrafię, powieść, to zmienia się właściwie wszystko. Poczynając od języka, frazy, słownictwa, poprzez budowie postaci i konstrukcji samego świata, a skończywszy na tematyce i przesłaniu.

„Różaniec” zacząłeś pisać kilka lat temu, odłożyłeś go na jakiś czas, a niedawno wróciłeś do starego tekstu i dokończyłeś tę opowieść – czego obecny Rafał Kosik dowiedział się dzięki temu o Rafale Kosiku sprzed kilku lat?

Czytanie swojego starego tekstu jest jak rozmowa z młodszym samym sobą. Ważniejsze dla mnie teraz są relacje międzyludzkie. Jestem już innym człowiekiem, w innym miejscu życia, choć myślę podobnie. Takie powroty nie są łatwe. Największym wyzwaniem nie było dokończenie książki, lecz przerobienie tekstu sprzed lat tak, aby pasował do mojej obecnej wizji tej powieści. Dowiedziałem się, że niestety w wielu sprawach miałem rację. Sytuacja polityczna zmieniła się nie do poznania. Jeszcze kilka lat temu żyliśmy w świecie, który mimo przejściowych kryzysów wydawał się stabilny i relatywnie bezpieczny, wojny toczyły się gdzieś daleko i jeżeli myśleliśmy o naszym związku z tymi konfliktami, to raczej w kontekście poligonu doświadczalnego dla naszej armii. Tymczasem linie frontów konfliktów nazywanych, bądź nie, wojnami, są coraz bliżej naszych granic. Nie sposób tego ignorować. O ile poprzednio niepokoiły mnie problemy gospodarcze, o tyle teraz bardziej boję się, w jaką kolejną katastrofę dziejową zostaniemy wmanewrowani. Mój syn dorósł i za chwilę będzie układał sobie życie, obawiam się, czy jego start w dorosłość będzie równie bezpieczny jak był kiedyś mój. Przed laty uważałem się za pesymistę, dziś widzę, że ówczesne nasze strachy z perspektywy roku 2017 przypominają strachy na wróble.

„Różaniec” to kolejna twoja powieść, po „Verticalu” i „Kameleonie”, w której opisujesz przyszłość, ale nie taką „teraz, tylko bardziej”, zamiast tego konstruując w zasadzie nowe rzeczywistości (w nowej powieści Ziemi nie ma, jest za to sznur poruszających się po dawnej ziemskiej orbicie miast). Uciekasz tak od oceny futurologicznej? Bo skoro te twoje przyszłości tak różnią się od naszej teraźniejszości, to nie ma co cię rozliczać z realizmu wizji…

Umieszczenie akcji w fizycznie nieistniejącym świecie nie oznacza, że nie można nawiązywać do teraźniejszości. Stworzenie realiów zupełnie nieprzystających do naszych dzisiejszych daje możliwość spojrzenia na naszą teraźniejszość i przyszłość z innej perspektywy. Nie mówiąc o tym, że wykreowanie oryginalnej wizji świata jest przyjemnością samą w sobie, i to nie tylko dla autora, ale mam nadzieję, że również dla czytelnika. Nie mam wielkich ambicji futurologicznych, bardziej interesuje mnie obserwacja świata tu i teraz. I wyciąganie wniosków. Ta moja futurystyka z „Różańca” nie jest prognozą, nazwałbym ją raczej przestrogą.

A kiedy powstawały fragmenty „Różańca”, w których opisujesz kampanię wyborczą o fotel prezydenta Warszawy? Bo zastanawiam się, czy w swoich opisach przewidziałeś współczesny skrajny populizm i odejście od faktów na rzecz oszczerstw bez pokrycia, czy reagowałeś na ostatnie wydarzenia jak Brexit czy Trump.

Niektórzy czytelnicy twierdzą, że wątek polityczny „Różańca” jest komentarzem do ostatnich wydarzeń, w tym na przykład wyborów w Polsce i w Stanach. Tymczasem większość wątków politycznych napisałem przed laty. Rzeczywistość dogoniła fikcję, co mnie martwi w kontekście innych moich przewidywań zawartych w tej powieści.

A więc jednak przewidziałeś przyszłość. Czy jednak rolą SF jest w ogóle wciąż pokazywanie nam naszych przyszłości? Słychać narzekanie, że nauka już jakiś czas temu zostawiła literaturę daleko w tyle i ta druga nie inspiruje już tej pierwszej. A pisarze to od lat niczego wielkiego nie przewidzieli, nie tak jak giganci SF sprzed lat.

Nauka się specjalizuje i wiedza naukowców jest coraz bardziej wyrywkowa. Przy dowolnym projekcie naukowym nie ma zapewne osoby, która ma kompetencje, by ogarnąć całość. Trzymanie się klasycznych zasad science fiction z czasów Złotej Ery połowy XX wieku nie ma dziś wielkiego sensu, ponieważ czytelnik ani nie jest zainteresowany szczegółami technicznymi, ani autor nie ma wiedzy, żeby je przybliżyć. Stąd też nowy, dominujący nurt w SF, czyli fantastyka socjologiczna, uprawiana już w Polsce lata temu przez Janusza A. Zajdla, nurt, który skupia się bardziej na interakcji człowieka z technologią. Na przykład Stanisław Lem w „Powrocie z gwiazd”, powieści napisanej ponad pół wieku temu, niepokojąco trafnie przewidział obecne trendy kulturowe, przy czym wizje technologiczne, z kilkoma wyjątkami, zupełnie się nie sprawdziły.

Jeżeli jednak przyjrzeć się twoim książkom jako przepowiedniom, to ludzkość ma przechlapane. Wpisujesz się w dominujący w fantastyce naukowej trend pesymistyczny.

Obawiam się, że mówiąc „ludzkość”, myślimy „Zachód”. I wówczas rzeczywiście mamy przechlapane, ale na własne życzenie. Nie będę tutaj politycznie poprawny, uważam że najlepszym przykładem jest obecny kryzys imigracyjny, który rozpatrujemy pod kątem katastrofy humanitarnej, zamiast widzieć w nim nową wędrówkę ludów spowodowaną dysproporcjami ekonomicznymi, warunkami politycznymi, a wkrótce również presją klimatyczną.

W „Różańcu” w zasadzie radośnie oddajemy się w ręce Sztucznej Inteligencji, która przejmuje kontrolę nad wszystkimi aspektami naszego życia. Niewesoło. Elon Musk ma rację, że ostrzega nas przed AI?

Oczywiście ma rację, i to nie on jeden, bo z ewolucyjnego punktu widzenia nie ma żadnego powodu, dla którego Sztuczna Inteligencja, spuszczona ze smyczy, miałaby posłusznie służyć swoim stwórcom, zamiast zająć ich miejsce lub ich zniewolić.

Czyli idziemy za daleko? Bo wydaje się, że AI to już nie kwestia „czy”, ale „kiedy”. Wychodzi na to, że wspomniany pesymizm współczesnej fantastyki naukowej to zdrowy rozsądek.

Zdrowy rozsądek i przestroga. Znamy zastosowania Sztucznej Inteligencji w obszarach, w których jest niezastąpiona, np. w nauce w analizie wielkiej ilości danych, jak choćby przy poszukiwaniu egzoplanet. Jednakże zagrożenia istnieją i obecnie przeważają nad korzyściami. Kluczami do nich są nasze lenistwo i chciwość. Tworzymy sobie sztucznego niewolnika, który wykona za nas część nieprzyjemnej pracy i zwolni nas od wysiłku umysłowego. Są obszary, na których Sztuczna Inteligencja jest, lub będzie, od nas po prostu lepsza, na przykład na rynkach finansowych i w zastosowaniach militarnych. Autonomiczny dron nie ma ani instynktu samozachowawczego, ani sumienia, a to przecież największe „wady” współczesnego żołnierza.

Justyna Sobolewska pisała jakiś czas temu w „Polityce” o słynnych redaktorach i ich roli. Ty chwaliłeś się, że twoja redaktorka, i zarazem żona, Kasia Sienkiewicz-Kosik, w „Różańcu” naniosła blisko 18 000 poprawek. Większość odrzuciłeś, czy przyjąłeś?

Przy akceptacji redakcji pierwszych tomów „Felixa, Neta i Niki” walczyłem z Kasią o każde słowo, każdy przecinek, teraz mam do niej więcej zaufania i wiem, że dobry redaktor jest moim sprzymierzeńcem, a nie wrogiem. Choć muszę przyznać, że spora część z tych osiemnastu tysięcy to były moje własne poprawki. Jak już wspominałem, czytanie siebie sprzed dziewięciu lat przypominało podróż w czasie i wymagało kolejnych i kolejnych korekt.

Jesteście jednak nie tylko duetem pisarz-redaktorka, ale również wydawcami, właścicielami Powergraphu, drukowaliście i Szczepana Twardocha, i Jakuba Małeckiego, i Łukasza Orbitowskiego, i Wita Szostaka, i święcącą obecnie tryumfy na polu kryminału Annę Kańtoch. Większość to książki raczej niszowe, niejednoznaczne gatunkowo, wymagające. Zdarza wam się wydawać pozycje, wiedząc, że sukcesem będzie zwrot kosztów? Rozumiem, że bestsellerowy „Felix…” funduje takie książki jak „Zagroda zębów” Szostaka czy „Niepełnia” Anny Kańtoch?

Powergraph to firma rodzinna i jest bardziej naszym sposobem na życie niż biznesem. Wydajemy książki wartościowe, które podobają się nam samym i mamy pełną świadomość, że być może niektóre zostaną docenione dopiero po latach. Nie jest tajemnicą, że seria „Felix, Net i Nika” przez lata finansowała funkcjonowanie wydawnictwa. Często na spotkaniach i targach książek mam kontakt z rodzicami, którzy dziękują mi, że dzięki tej serii ich dzieci pokochały czytanie. Trudno o większą satysfakcję – zarówno dla mnie jako pisarza, jak i nas jako wydawców – że książki, które zwiększają poziom czytelnictwa, wspierają jednocześnie ambitną literaturę.

Od wydania pierwszego „Felixa…” minęło już trzynaście lat – przynajmniej część ówczesnych czytelników tej powieści zdążyła więc podrosnąć i może teraz sięgnie po „Różaniec”. Liczysz na to, że tekstami dla młodzieży wychowujesz sobie odbiorców „dorosłych” powieści?

Nie miałem ambicji wychowania WŁASNYCH czytelników, lecz czytelników. Ludzie czytający beletrystykę są inteligentniejsi, lepiej rozumieją realia rządzące naszym światem, są więc bardziej świadomymi obywatelami i zapewne lepszymi ludźmi. Do dokończenia „Różańca” zmusili mnie czytelnicy „Felixa…”, którzy dorośli. To najbardziej optymistyczne podsumowanie mojej twórczości.

Fot. Mikołaj Starzyński

Wywiad, w skróconej i przeredagowanej wersji, pierwotnie ukazał się w „Polityce” z listopada 2017 roku.

Next Post

© 2018 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén