Kulturalny Człowiek

Oscar należał się „Lady Bird”

Guillermo del Toro wrócił do domu zarówno z Oscarem dla najlepszego reżysera, jak i ze statuetką za najlepszy film roku, „Kształt wody”. Oba te wyróżnienia chyba bardziej należały się niepozornemu obrazowi Grety Gerwig, w którym nie było magii ani potworów, ale w którym młoda reżyserka zaklęła duszę nastolatki.

Greta Gerwig celebruje w swoim filmie zwyczajne życie. Jej nastoletnia Christine nie przeżywa wielkich dramatów, nie zachodzi w szkole w ciążę, nie traci rodziców, nikt jej nie porywa ani nie gwałci, nie jest też geniuszem czy nieoszlifowanym talentem artystycznym. Po prawdzie, najbardziej niezwykłą rzeczą w niej jest fakt, że każe się nazywać Lady Bird, nie uznając imienia nadanego przez rodziców. Poza tym robi wszystko to, co robią nastoletnie dziewczyny: nieustannie zmaga się z huraganem targających nią emocji, kocha i nienawidzi swoich rodziców, wątpi w siebie i ma niedorzeczne ambicje, chce wyrwać się z rodzinnego miasta i kocha swoje rodzinne miasto, zakochuje się na zabój w chłopaku, odkochuje się, zakochuje w następnym, i znowu odkochuje, chce być jedyna w swoim rodzaju, ale też chce wpasować się oczekiwania innych. Jest nieokreślona, jest nieustannym ruchem, przemianą, formowaniem, szuka siebie.

Jest nastolatką.

Wyczyn Gerwig jako scenarzystki jest właśnie tym większy, że w szerokim rzucie jej historia jest banalna, to opowieść jakich wiele, gdzie bohaterowie łatwo wpasują się w typy ludzi doskonale nam znane, a wydarzenia będą przywodzić nam na myśl to, co sami przeżywaliśmy za młodu. „Lady Bird” traktuje po prostu nastoletnią Christine jako wystarczająco interesującą w swej normalności, by obyć się bez fabularnych fajerwerków.

Gdzie więc tkwi moc tej opowieści? W szczegółach, w wykonaniu, w humorze i cieple, jakie Gerwig wpisała w ten scenariusz. Niby to banalna historia, ale wykonanie już nie – mistrzowsko rozpisane są tu sceny, jak choćby ta podczas kupowania sukni na bal, które niczym oszczędne pociągnięcia pędzlem na wielkim płótnie podkreślają maestrię artysty. Lady Bird i jej matka to postaci pozornie stereotypowe (buntownicza córka i nadopiekuńcza, ale jednocześnie oschła matka), szalenie jednak skomplikowane, prawdziwe swą złożonością, niejednoznaczne, intrygujące, magnetyczne. Nie potrzeba więc tu wielkich dramatów, ale zwykłych rozmów, matki mówiącej: Chcę byś była najlepszą możliwą wersją siebie, córki odpowiadającej: Co, jeżeli to jest moja najlepsza wersja?, i niemej, wyrażonej spojrzeniem reakcji matki na te słowa, łączącej w sobie rozbawienie z… pogardą?

Soarise Ronan i Laurie Metcalf słusznie były nominowane za swoje role do Oscarów, więcej – gdyby obie wróciły do domów ze statuetkami, nikt nie byłby zaskoczony, a niektórzy (czyt. autor tego tekstu) nazwałby to sprawiedliwością. Zwłaszcza Ronan błyszczy tu ogromnym talentem, nie tylko doskonale wchodząc w buty nastolatki (aktorka sama taka trochę jest, więc żadna to przemiana), ale przede wszystkim prezentując ogromne spektrum uczuć, od szalonej radości, przez obojętność, po rozdzierający ból; i ten prostszy, z powodu pierwszych miłosnych zawodów czy zorientowania się, że życie nie będzie takie, jakim sobie je wyśnimy, i ten bardziej dotkliwy, bardziej skomplikowany, który zadać może tylko matka, wiecznie balansująca na granicy ślepej miłości i tą miłością krzywdzenia. Oszczędne, uciekające od patosu dialogi Gerwig w ustach Ronan ożywają i proste Mamo, czy ty mnie lubisz?, czy To mi wystarcza! nabierają niesamowitej mocy.

Ta „nastoletniość” filmu była zresztą i dla Gerwig wyzwaniem reżyserskim, bo nie dość, że musiała naprawdę uważnie prowadzić aktorów (tu nie ma prostych, jednoznacznych postaci, no może poza ojcem Lady Bird), to przede wszystkim złożyć w całość chaos życia Christine i z tych migawek i w zasadzie braku przejrzystej historii stworzyć historię. Bo na pytanie „O czym jest Lady Bird?”, trzeba odpowiedzieć: „O nastolatce nazywającej siebie Lady Bird”. „A co ona robi?” „Jest.” Jak pisałem, brak tu wielkich dramatów, poza tymi, które olbrzymimi wydają się naszej bohaterce. I w zasadzie jakimś głównym wątkiem fabularnym można określić proces aplikowania przez Lady Bird do uczelni w Nowym Jorku – ale to też raczej pojawiający się i znikający motyw przewodni, niż motor napędowy fabuły.

Wbrew pozorom więc filmom takim jak „Lady Bird” trudno osiągnąć wielkość, bo tę kojarzymy raczej z efektownością, czy to fabularną, czy aktorską. Tymczasem Gerwig ani nie pisała o geniuszach jak z „Nici widmo”, ani nie szła w baśniowość, jak del Toro, ani tym bardziej nie brała na warsztat przełomowego dla amerykańskiej prasy procesu z administracją Nixona. Mimo to jej kameralna opowieść ma większą moc, niż wszystkie te filmy – bo jest nam bliższa, prawdziwa, bo osiąga niesamowity stopień naśladowania rzeczywistości, przez co wszystko, co w niej zawarte rezonuje tym mocniej.

„Lady Bird” to kino, którego widz nie podziwia, którym się nie zachwyca, to film, w którym się zakochujemy.

Next Post

Previous Post

© 2019 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén