Kulturalny Człowiek

Kto nie lubi fantastyki?

Polski rynek kulturalny wciąż pełen jest uprzedzeń względem fantastyki, karmionych stereotypami i ignorowaniem przez krytyków i krytyczki określonych wydawnictw, autorek i autorów. Obecnie pisarz fantastyczny wciąż może usłyszeć, że jego warsztat się nie liczy, że może pisać wybitnie, ale jeżeli chce być traktowany poważnie, musi porzucić te swoje „fantazje” (prawdziwy cytat z czołowego krytyka).

Pewnym symbolem stosunku krytyków literackich do fantastyki były słowa Agaty Passent w 295. odcinku programu „Xięgarnia”, którego głównym gościem był Robert M. Wegner, autor cyklu fantasy „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”. Prowadząca program, w reakcji na wypowiedź Maxa Cegielskiego, że ten wcześniej z fantasy zetknął się przed wieloma laty, czytając o Conanie, a teraz sięgnął po prozę Wegnera, zapytała go, czy „ma kłopoty z dojrzałością” i czy „cofa się w rozwoju”. Następnie Agata Passent podzieliła się z widzami wiązanką stereotypów dotyczących fantasy, a Max Cegielski przystąpił do rozmowy z Robertem M. Wegnerem, której temat można podsumować jako „człowiek spotyka kosmitę” – pisarz wypytywany był o fantastykę i środowisko fantastyczne, z dociekliwością przedstawiciela ludzkiej cywilizacji, który natknął się na przybysza z Marsa i chciał się dowiedzieć, jak wygląda życie na innej planecie.

Incydent, można by pomyśleć. Bo przecież wydawać się może, że także w Polsce fantastyka ma się lepiej, niż kiedykolwiek. W końcu każdy wie, że Stanisław Lem wybitnym pisarzem był, „Wiedźmin” Andrzeja Sapkowskiego to obecnie nasz sztandarowy literacki towar eksportowy, jeszcze w tym roku świat oglądać będzie serial Netflixa na jego podstawie, a w ogóle pierwszy polski serial zrealizowany przez tę platformę, „1983”, to historia alternatywna. Do tego przenikają do nas trendy światowe, tak więc obecnie wszyscy oglądają „Grę o tron”, za kilka miesięcy zasiądą do trzeciego sezonu „Stranger Things”, a „Opowieść podręcznej” po wielu latach od premiery zyskała nowy rozgłos, okazując się książką niepokojąco aktualną. Więcej – pierwszą nową książką Olgi Tokarczuk, wydaną świeżo po uhonorowaniu jej międzynarodowym Bookerem, był zbiór „Opowiadania bizarne”, gdzie niemalże wszystkie teksty reprezentowały różne nurty fantastyki. Wciąż mało? Najnowszy noblista, Kazuo Izhiguro, od lat tworzy fantastykę, a jego ostatnia powieść to fantasy osadzone w Anglii czasów Króla Artura, gdzie bohaterowie muszą pokonać ziejącego magią smoka. Jeszcze? Według magazynu „Książki” najlepszą książką minionego roku był „Lincoln w Bardo” George’a Saundersa, czyli opowieść o złamanym żałobą Lincolnie, który odwiedza grób swojego zmarłego synka, obserwowany przez duchy; Saunders to też mistrz opowiadań, z których wiele zaliczyć trzeba do nurtu science fiction.

To wszystko jednak wyłącznie fasada, za którą kryje się brzydka prawda o uprzedzeniach i w dużej mierze wykluczeniu z obiegu kulturalnego wielu książek, wyłącznie przez to, że są klasyfikowane jako „fantastyka” – a więc niewarte uwagi.

Kryje się wreszcie solidna dawka wmawianej samemu sobie iluzji, którą podtrzymuje wielu krytyków i wiele krytyczek. Bo wiedzieć trzeba, że jest fantastyka i fantastyka. Oznacza to tyle, że w postrzeganiu książek przez najważniejszych recenzentów i redaktorów poczytnych pism kulturalnych da się wyraźnie dostrzec pewien rozłam: fantastyka fantastyce nierówna, przy czym klasyfikacja w dużej mierze zależna jest od… wydawcy. I tak, ci sami krytycy, którzy wprost przyznają, że na fantastyce „się nie znają”, z definicji nie interesując się książkami publikowanymi przez takich wydawców jak Powergraph, Uroboros, MAG czy Fabryka Słów, bez żadnych problemów po fantastykę sięgają, o ile publikuje ją wydawca z fantastyką nie kojarzony, a najlepiej by jeszcze nie chwalił się zbyt głośno, że to fantastyka. Michael Chabon, Carmen Maria Machado, Naomi Alderman, Moshin Hamid, Salman Rushdie, Michael Faber czy wspominani już Tokarczuk, Saunders albo Ishiguro nie są postrzegani jako fantaści, mimo iż w żaden sposób nie można zaprzeczyć, że fantastykę tworzą. Efektem są kuriozalne rozmowy, gdy ten sam krytyk, który zachwycał się „Lincolnem w Bardo” czy „Księgą dziwnych nowych rzeczy” (o księdzu, który wyruszył w kosmos nawracać Obcych), mówi właśnie, że „fantastyki nie czyta” (co pewnie zdenerwowałoby samego Fabera, głośnego adwokata fantastyki). Bo oznacza to tyle, że czyta, owszem, nawet lubi, wnioskując z jego recenzji, ale nie chce być postrzegany jako czytelnik fantastyki, nie chce być z taką literaturą kojarzony, dlatego sięga po nią tylko wtedy, gdy jest to „bezpieczne”.

Kiedy więc jest „bezpiecznie”? Jak wspominałem, podstawowym czynnikiem jest tu wydawca. Wydawnictwo Poznańskie, W.A.B., Marginesy, Sonia Draga czy Albatros mogą pochwalić się niezwykle otwartymi selekcjonerami, którzy nierzadko sięgają również po fantastykę, może nie taką „gatunkową”, czyli smoki i magia albo kosmiczne bitwy, ale niemniej wciąż fantastykę – i te książki będą recenzowane w „Polityce”, „Newsweeku”, „Wyborczej” czy „Książkach”, o takich autorach można rozmawiać w „Xięgarni”, oni mogą liczyć na uwagę Michała Nogasia, Justyny Sobolewskiej, Juliusza Kurkiewicza, Pawła Goźlińskiego czy Piotra Bratkowskiego, a i wreszcie Agaty Passent. Nie zdarza się jednak, by czołowi krytycy i krytyczki sięgali po świetną polską fantastykę publikowaną na przykład przez Powergraph, albo zagraniczną, której wyjątkowe przykłady od lat ukazują się w serii Uczta Wyobraźni wydawnictwa MAG. Pytanie, czym proza Davida Mitchella, Paolo Bacigalupiego, Radka Raka, Anny Kańtoch, Pawła Palińskiego, Jeffreya Forda i wielu innych różni się od książek Carmen Marii Machado, Jesmyn Ware czy Margaret Atwood? Kto chce znać odpowiedź, niech przyjrzy się właśnie wydawcom.

Mamy więc do czynienia z sytuacją, gdzie krytycy i krytyczki oceniają książki niejako po okładkach. Przy czym niezwykle wartym podkreślenia jest fakt, że nie mówimy tu o niskich ocenach fantastyki przez tych krytyków, ale o ocen braku – bo do własnej opinii każdy ma prawo, z czyjąś oceną można się nie zgadzać, można dyskutować, gdy jednak jakieś książki są automatycznie ignorowane, nie ma tu nawet pola do rozmowy.

Stąd potem takie wypowiedzi jak Agaty Passent, która ocenia fantasy wedle stereotypów, nie mając żadnej wiedzy o tym gatunku, bo go po prostu nie czyta. Stąd kuriozalne „odkrywanie” „Opowieści podręcznej” ponad trzy dekady po premierze książki, stąd spóźniony zachwyt nad Martinem i jego „Pieśnią Lodu i Ognia”, czyli serią od lat dostępną w Polsce, ale wcześniej ignorowaną przez tych samych krytyków, którzy obecnie z zapartym tchem śledzą serial. Stąd wreszcie nazywanie Jakub Małeckiego „młodym autorem”, wynikające z faktu, że został on zauważony dopiero, gdy przestał być kojarzony jako fantasta, czyli przy okazji publikacji „Dygotu”, co w oczach wielu krytyków było niejako jego debiutem. Ignoruje to fakt, że Małecki wcześniej opublikował sześć książek. (Choć tu akurat pamięć o wcześniejszej karierze Małeckiego może mu szkodzić, co było widoczne choćby w recenzji autorstwa Pawła Goźlińskiego w magazynie „Książki”, gdzie oceniając powieść „Nikt nie idzie” Goźliński radził Małeckiemu, by ten zerwał związki z fandomem, a więc od fantastyki ostatecznie się odciął.)

Takie podejście potrafi zresztą i mieć ciekawe skutki, jak choćby przypadek Salmana Rushdiego, którego debiutancką powieść wycofano z konkursu dla książek SF, by autor nie dostał łatki fantasty – zadziałało, bo Rushdie może dziś pisać i takie rzeczy jak „Dwa lata, osiem miesięcy i dwadzieścia osiem nocy”, czyli starcie dżinów z superbohaterami, a przy okazji list miłosny do komiksów, i wciąż być „poważnym pisarzem”. Jest i Ian McEwan, którego „Machines Like Me” to nie tylko historia alternatywna, ale na dodatek taka, w której istnieje Sztuczna Inteligencja – co jednak, w oczach autora nie czyni tej powieści fantastyką naukową. Dlaczego? Bo autor mierzy się w tej książce z „prawdziwymi ludzkimi problemami”, a nie skupia na „butach antygrawitacyjnych”. Ciekawe, co na to Lem czy Le Guin? Orwell? Atwood? Twórcy serialu „Black Mirror”?

Przyjrzyjmy się temu mechanizmowi: gdy fantastykę piszą wybitni współcześni autorzy, jak Cormac McCarthy, Kazuo Ishiguro, George Saunders czy Michael Chabon, „głównonurtowi” krytycy sprawnie odcinają ich od gatunku słowami takimi jak „surrealizm”, „realizm magiczny”, „baśniowość”, „transowość”, „uczta wyobraźni”, byle tylko unikać „science fiction”, „fantasy” czy „horroru”, a następnie głośno perorują o tym, że fantastyka to literatura dla niedojrzałych. A któryż to gatunek oparłby się takiej tezie, gdyby z jednej strony chirurgicznie usuwać z niego książki, których jakość została zweryfikowana, a z drugiej ignorować wiele innych, z ogromnym potencjałem, posiadających jednak gatunkową łatkę?

Efekty takiej sytuacji są natomiast krzywdzące dla obu stron, czyli i dla „głównego nurtu”, i dla fantastyki.

Tworzy się podział, stawia się mur, który odgradza od siebie książki. Objawia się to przede wszystkim brakiem miejsca dla fantastyki w wysokonakładowej prasie kulturalnej – wystarczy przyjrzeć się „Książkom”, by przekonać się, jak zatrważająco niewiele w tym magazynie pisze się o fantastyce; wystarczy zajrzeć do „Newsweeka”, by dostrzec, że jeżeli już fantastyka tam jest omawiana, to właśnie ta nie postrzegana jako fantastyczna, czyli ostatnio Omar El Akada i jego „Ameryka w ogniu” albo Michael Chabon. Wystarczy, jak uczynił Max Cegielski we wspomnianym odcinku „Xięgarni”, zadumać się nad tym, jak rzadko twórcy fantastyki goszczą w podobnych programach. Przez to czytelnicy tej prasy nie są informowani o wielu wartościowych pozycjach.

Z drugiej strony taki mur zasłania również miłośnikom fantastyki widok na tę fantastykę publikowaną przez W.A.B. czy Albatrosa, ponieważ ona funkcjonuje już w tym „głównonurtowym” obiegu, gdzie najczęściej fantastyką nie jest nazywana. Sami wydawcy rzadko zaś stoją w rozkroku, częściej wybierając, przez co taka choćby Jesmyn Ward i jej wspaniałe „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” doczekało się ocen w pismach ogólnokulturalnych, ale nie było promowane w środowisku fantastów (wyjątkiem chyba tylko moja recenzja w „Nowej Fantastyce”). Dlaczego?

Szkodliwe jest też tworzenie czegoś, co nazywam „rezerwatem”, a co charakteryzuje się również istnieniem „łącznika”. Sam jestem takim właśnie łącznikiem – tym „gościem od fantastyki”, który albo podsuwa tematy, albo do którego zwracamy się, gdy już po prostu nie sposób ignorować danego pisarza czy danej pisarki. Jest to wprawdzie sytuacja lepsza, niż jeszcze przed laty, bo fantastyka ma przynajmniej swoich „emisariuszy”, ale paradoksalnie jedynie pogłębia podziały, bo innym, ważniejszym redaktorom i redaktorkom zdejmuje z barków obowiązek w ogóle przyglądania się fantastyce. Przykładem „Książki”, gdzie od jakiegoś czasu pojawiają się recenzje książek fantastycznych, pisane zresztą przeze mnie, ale co jest niczym kwiatek u kożucha – w żaden sposób nie zmienił się stosunek pisma do tego gatunku, po prostu wykrojono dla niego najmniejszy możliwy kawałeczek, by odhaczyć, że w ogóle tym się magazyn zajmuje. Podobnie moja wieloletnia i bardzo udana współpraca z tygodnikiem „Polityka” może i zaowocowała wieloma tekstami poświęconymi polskiej i zagranicznej fantastyce, ale choćby nie zmieniła faktu, że Paszporty „Polityki” konsekwentnie autorów fantastycznych ignorują – bo w jury zasiadają już krytycy, którzy fantastyki nie czytają (z jednym, może dwoma wyjątkami), nie wiedzą więc, czy Radek Rak albo Anna Kańtoch zasługują na uwagę, może laury, oni po prostu ich nie widzą.

Tymczasem świat się zmienia. Listy nominacji do Bookera czy Pulitzera regularnie już zawierają fantastykę, tytuły takie jak „The New York Times”, „The Guardian” czy „The Washington Post” chętnie oceniają książki reprezentujące najróżniejsze gatunki. Co natomiast istotniejsze, wydaje się, że do zmiany podejścia polskich krytyków i polskie krytyczki zmuszą sami autorzy i autorki, bo zwłaszcza oni coraz częściej w poważaniu mają sztuczne gatunkowe granice, ochoczo sięgając po najróżniejsze narzędzia narracyjne. Dlatego czekam na polską premierę „Black Leopard, Red Wolf” Marlona Jamesa, bo to laureat Bookera, autor głośnej „Krótkiej historii siedmiu zabójstw”, którego nie będzie można zignorować, a który napisał fantasy tak fantastyczną, że zawstydziłby i Roberta M. Wegnera. Dlatego też czekam na polski przekład „Amazing Adventures of Kavalier & Clay” Michaela Chabona i na to, czy z lektury tej nagrodzonej Pulitzerem wybitnej powieści, gdzie jednym z tematów jest stereotypowe postrzeganie komiksu jako „niższej” formy sztuki, wspomniani krytycy i krytyczki wyciągną jakieś wnioski. Może też byłoby dobrze, gdyby zachwycający się Jamesem i Chabonem posłuchali obu panów, gdy ci mówią o fantastyce i o podziałach na gatunki – pisarze już dawno buntują się przeciwko szufladkom, czas więc, by krytycy poszli ich śladem.

Fot. Mahendra Kumar / Unsplash.

Next Post

Previous Post

  • AreteHubris

    Bardzo prawdziwe, a dla osób lubiących czytać ponad podziałami i jednocześnie związanych z fandomem irytujące, żeby nie powiedzieć, że uwłaczające.

  • Patrycja

    Zgadzam się w całości z tym artykułem. Jestem recenzentem książkowym. Czytam fantastykę ale też inne gatunki literackie. Fantastyka ma różnie pod gatunki, rodzaje czy odgałęzienia. Od fantastyki naukowej, kosmicznej, po smoki, elfy, czarownice, wierzenia słowiańskie i inne. I wiem, a nawet jestem pewna że niektóre książki z tego gatunku są o wiele lepsze niż niektóre pozycje uznanych autorów. To nie chodzi o gatunek literacki a o to jak dany pisarz pisze i jak jego książka wpływa na czytelnika. A krytycy bawią się w strzelanie focha i wiele naszych dobrych autorów ginie w gównianej krytyce bo krytyk nie czyta tego gatunku. Krytyk powinien być wszechstronny a nie tylko bawić się w boga bo fantastyka jest be. Wręcz przeciwnie. Fantastyka pobudza wyobraźnię, relaksuje a do tego pobudza kreatywność a nawet czasem uczy. A najbardziej powinno iść im w pięty to że nasi twórcy piszący fantastykę są coraz częściej rozpoznawani za granicą i doceniani a w Polsce fantastyka ma się świetnie i jeszcze lepiej się rozwija pomimo krytyki niezbyt prawdziwej, czy wiernej książce. A wydawnictwa wiedzą co się sprzedaje i czy zarobią na tym kasę. Fantastyka ma to do siebie że nie ma ram gatunkowych. W fantastyce jest wszystko to co inne gatunki mieć nie mogą i tu jest kamyczek w bucie krytyka. 🙂

  • Pingback: Spór o fantastykę – WEIRD is a side effect of being AWESOME()

  • asik

    Po co zapraszać do programu świetnego pisarza i lekceważącym tonen zadawać mu pytania obnażające nieznajomość tematu i brak podstawowej wiedzy u prowadzących?

© 2019 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén