Kulturalny Człowiek

Historia Klubu Tfurców

Tolkien i Lewis mieli swoich Inklingów, w Polsce zaś działał Klub Tfurców, z którego – przy wszystkich proporcjach – wywodzi się wielu popularnych autorów rodzimej fantastyki – i publicystyki.

Niektórzy z Tfurców ciągle piszą powieści. Jarosław Grzędowicz publikuje właśnie nową, wyczekiwaną od pięciu lat. Cykl „Pan Lodowego Ogrodu” zaskarbił mu sympatię dziesiątków tysięcy czytelników fantastyki, czego wyrazem był historyczny sukces na gali Nagrody im. Janusza A. Zajdla w 2006 r. – wtedy po raz pierwszy jeden twórca zdobył wyróżnienie w obu kategoriach, czyli za powieść (pierwszy tom „Pana…”) oraz za opowiadanie („Wilcza zamieć”). Zresztą w kolejnym roku Jarosław Grzędowicz znowu triumfował, tym razem wracając do domu ze statuetką za powieść „Popiół i kurz”. Ugruntował tym swoją pozycję na rynku, podtrzymywaną później dzięki publikacjom kolejnych tomów „Pana Lodowego Ogrodu”, z których każdy trafiał na listy bestsellerów.

Po pięciu latach Grzędowicz nieco czytelników zaskakuje, w powieści „Hel3” wyraźnie skręcając w fantastykę naukową nie tak dalekiego zasięgu (lata 50. XXI w.). Jest tu zacięcie militarystyczne, przede wszystkim jednak znajdziemy wyraźne odwołania do współczesnej polityki – ta przyszłość to nasze dziś, tylko bardziej, z nawiązaniami choćby do afery podsłuchowej z udziałem kelnerów czy do kolejnych narzucanych przez Unię Europejską regulacji ekologicznych. Dlatego o książce może być głośno, a jej autor może tym razem trafić na usta nie tylko miłośników fantastyki i krytyków literackich, ale i polityków.

Grzędowicza pisarza mogłoby jednak nie być, gdyby nie organizacja o zadziornej nazwie Klub Tfurców (niekiedy nazywana Klubem Tfurcuf), działająca najprężniej w latach 80. i 90. ubiegłego wieku. Przez nią albo poprzedzającą ją grupę TRUST (od trustu mózgów) przewinęło się kilkadziesiąt osób, które w dużej mierze kształtowały i kształtują polską fantastykę. To z niej wywodzi się m.in. znany publicysta polityczny Rafał Ziemkiewicz, niegdyś ceniony autor fantastyczny, kilkukrotny laureat Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Z niej przyszedł naczelny komiksowego Egmontu Tomasz Kołodziejczak, ale też sprzedający dziesiątki tysięcy egzemplarzy kolejnych książek Jacek Piekara i Andrzej Pilipiuk, wreszcie autor opracowań dotyczących mitologii germańskiej Artur Szrejter, a także obecny naczelny miesięcznika „Nowa Fantastyka” Jerzy Rzymowski.

Osoba Rzymowskiego jest tu zresztą symbolem środowiskowych przemian, bo łączy Klub z „Fantastyką”, której w latach 80. przyszli klubowicze szczerze nie cierpieli. Rafał Ziemkiewicz w spisanym w 1989 r. wspomnieniu dotyczącym początku Klubu i grupy TRUST o sobie i swoich kolegach pisał: „Młodzież była zapalona jak cholera, najchętniej spaliłaby KAW i »Fantastykę« za jednym zamachem, a ich szefów wywiesiła przez okno […]”. Choć opisując samą genezę TRUSTU, precyzuje, przeciwko komu skierowana była jego działalność. Wymienia dwóch panów: „Pierwszy z nich nazywa się Andrzej Wójcik i miał u nas przerżnięte za KAW-owską serię z »glistą«. Masowo publikowana grafomania ponurych przygłupów skłaniała nas do ostrej walki o swoje pisarskie prawa […]. Drugi z wymienionych, Wojciech Jaruzelski, wprowadzając stan wojenny, wpłynął decydująco na kształtowanie się naszych osobowości. Środowe spotkania w klubie stały się idealną odtrutką na szalejący po ulicach radykalny komunizm”.

W efekcie powstała alternatywa dla środowiska „Fantastyki” (potem „Nowej Fantastyki”), obecnie bardziej kojarzonej z korzeniami współczesnej polskiej prozy fantastycznej ze względu na debiutujących na jej łamach Andrzeja Sapkowskiego czy Jacka Dukaja. Czyli magazyn „Fenix”, założony właśnie przez klubowiczów, którego naczelnymi byli kolejno Ziemkiewicz i Grzędowicz i który ukazywał się w latach 1990–2001. A cała historia zaczęła się jeszcze wcześniej.

Teksty piotrusiowane

Sami założyciele nie wiedzą dokładnie, kiedy powstała grupa TRUST, która według nich zorganizowała się samoistnie gdzieś na przełomie lat 1981/1982. Zaczęło się od grupki przyjaciół: „wszyscy znali się albo z podstawówki, albo z liceów Dobiszewskiego i Potockiego” – pisze we wspomnieniu Ziemkiewicz. Jarosław Grzędowicz rozwija: – Zaczęło się od tego, że dwóch młodzieńców lubiących czytać fantastykę i próbujących własnych sił w pisaniu krótkich opowiadań zapisało się do warszawskiego klubu miłośników fantastyki SFAN. Byłem to ja i Rafał Ziemkiewicz.

W klubie czas spędzano na dyskusjach o książkach, grach czy oglądaniu filmów, niekiedy też wymieniano się opiniami dotyczącymi pisarskich wprawek. – Czasem ktoś rzucił na nie okiem, po czym wygłaszał jakieś ogólniki: „niezłe, ale musisz się jeszcze dużo nauczyć”, czy coś w tym rodzaju – opowiada Grzędowicz. I kontynuuje: – Pewnego dnia jednak po leżący na stole maszynopis sięgnął pewien człowiek i wszystko się zmieniło. Był to Piotr Staniewski, znawca literatury, tłumacz i matematyk. Zaczął czytać, ale inaczej niż wszyscy.Również Ziemkiewicz określa krytyczny geniusz Staniewskiego jako „pierwszy i najważniejszy warunek zaistnienia TRUSTU”.

Od Piotra Staniewskiego i jego metody pastwienia się nad tekstem wzięło się słowo „piotrusiowanie”, które wedle opisu Ziemkiewicza oznacza „bardzo szczegółową i wnikliwą analizę stylu, konstrukcji i logiki utworu”. – Rozbierał każde zdanie na części i tłumaczył, co z nim jest nie w porządku – wspomina Grzędowicz. – Trwało to dość długo i potem nieszczęsny autor wyglądał jak wymaglowany, ale był trochę mądrzejszy niż przedtem.

Tak powstała metoda warsztatów TRUSTU, potem kontynuowanych już z mniejszym – z racji obowiązków i znacznego powiększenia się grupy – udziałem Staniewskiego, za to z Tadeuszem Lewandowskim, wykładowcą polonistyki i krytykiem literackim, w roli mentora. Przetrwała ona lata, stosowana także, gdy TRUST przemianował się w połowie lat 80. na Klub Tfurców, a doświadczenie pierwszego odczytania własnego tekstu i wysłuchania jego krytyki stało się dla kolejnych klubowiczów wydarzeniem formującym. Kołodziejczak w artykule na 20-lecie Klubu opisywał to tak: „W czasie omówień tekstów wymienialiśmy razy, rzucaliśmy na siebie klątwy, młóciliśmy słowem i ekspresyjnym gestem, ale też z rozdziawioną gębą słuchaliśmy kolegów, którzy dopatrzyli się w opowiadaniu wartości i zalet, które nam umknęły. […] Budowaliśmy w sobie wiarę, że możemy poznać tajniki sztuki, ba, może nawet zbudować algorytm arcydzieła”.

Twórcy w opozycji

Istotne w TRUŚCIE, potem zaś Klubie Tfurców, było odseparowanie od „Fantastyki” i redaktora tamtejszego działu prozy polskiej Macieja Parowskiego. Bo choć Grzędowicz, Kołodziejczak czy Kres w „Fantastyce” drukowali (ten pierwszy po latach został nawet stałym felietonistą pisma), tak naprawdę ich grupa była zawsze gdzieś obok. Może to z powodu Ziemkiewicza, który jeszcze w 1989 r. pisał o warsztatach: „potem życzliwi koledzy pruli go [tekst] sznytówkami, nie przebaczając autorowi żadnego dostrzeżonego sypnięcia w języku, konstrukcji, logice i tym podobnych – zdaniem Macieja Parowskiego – nieistotnych drobiazgów”, nie szczędząc redaktorowi złośliwostek. Pisał też, że gdy Parowski zgłosił się do SFANA (organizacji fanowskiej, do której należeli trustowicze), został przywitany „wyniosłym chłodem”, a opowiadanie sprzedał mu tylko Piekara, który potem kontynuował zresztą współpracę z miesięcznikiem.

Klub jednak „Fantastyki”, mimo jej silnej pozycji, nie potrzebował. Jeszcze przed powstaniem miesięcznika przyszli klubowicze – jak to określił Grzędowicz – opanowalidwie kolumny w łódzkim magazynie „Odgłosy” – zarówno on, jak i Ziemkiewicz debiutowali opowiadaniami właśnie na jego łamach. Po transformacji w 1990 r. klubowicze założyli już własny miesięcznik „Fenix”. To na jego łamach debiutowali Maja Lidia Kossakowska i Andrzej Pilipiuk. Kossakowska jest obecnie żoną Grzędowicza, autorką znaną głównie dzięki cyklowi anielskiemu, którego najnowszy tom „Bramy światłości” niedawno się ukazał. Pilipiuk natomiast stworzył postać Jakuba Wędrowycza i dziś jest jednym z najpopularniejszych twórców fantastyki, jeżeli za miarę uznać liczbę sprzedawanych egzemplarzy.

Powstanie nowego pisma było z pewnością dla Klubu Tfurców spełnieniem marzeń, jednocześnie jednak osłabiło udział w nim tych autorów, którzy niemalże dekadę wcześniej, jeszcze jako TRUST, kładli jego podwaliny. Grzędowicz: – Z biegiem czasu pojawiły się nowe pokolenia autorów i kilkakrotnie Klub Tfurców reaktywowano, ale jako zajęty „Fenixem” nie brałem w tym udziału.

Inna rzecz, że warsztaty przestały im być potrzebne, bo zaczęli regularnie publikować – Ziemkiewicz w 1991 r. miał już na koncie pięć książek, Piekara cztery.

Legenda Klubu przyciągnęła jednak innych, którzy w drugiej połowie lat 90. reaktywowali warsztaty – wśród nich byli m.in. Michał Studniarek, wspomniany wcześniej Jerzy Rzymowski, a także Anna Kańtoch, aż pięciokrotna laureatka Nagrody Zajdla.

W 2000 r. na 20-lecie Klubu Tfurców ukazała się antologia „Robimy rewolucję”, w której oprócz wymienionych wyżej opowiadania publikowali również Jacek Komuda, Krzysztof Kochański, Feliks W. Kres czy Konrad T. Lewandowski. W latach 2006–07, a więc na ćwierćwiecze Klubu, jego członkowie spotkali się ponownie w dwutomowym zbiorze „Niech żyje Polska. Hura!”. Ostatnie warsztaty odbyły się w 2008 r.

Atut warsztatu

Co nie znaczy, że drogi klubowiczów tak do końca się rozeszły. Jarosław Grzędowicz: – Klub Tfurców to coś, co spowodowało, że powstała duża grupa przyjaciół, którzy zajmują się tą samą dziedziną. I najwyraźniej ta przyjaźń przetrwała, bo zwłaszcza TRUSTOWCY trzymają się razem. Raz, że światopoglądowo, bo prawicowość Rafała Ziemkiewicza jest oczywista, podobnie Piekary, znanego z ostrych i kontrowersyjnych wypowiedzi, Grzędowicz zaś przez dłuższy czas publikował w „Gazecie Polskiej”, a Pilipiuk kandydował nawet do parlamentu i europarlamentu z ramienia Unii Polityki Realnej (choć w Klubie były i osoby o poglądach lewicowych, obecnie zaś fandom fantastyczny od podziałów politycznych stroni, prawica i lewica więc się w nim miesza i często współpracuje).

Przede wszystkim zaś dziś Ziemkiewicz, Piekara, Grzędowicz i Kołodziejczak publikują w tym samym wydawnictwie, Fabryce Słów, przez które zresztą przewinęło się wielu innych tfurców (choć trzeba zaznaczyć, że Ziemkiewicz z fantastyką rozstał się ponad dekadę temu). Ich nazwiska pojawiały się obok siebie w magazynach czy innych wydawnictwach – choćby w „Science Fiction, Fantasy i Horror”, gdzie felietony publikowali Kołodziejczak, Grzędowicz i Pilipiuk. Grzędowicz przekładał też komiksy dla Kołodziejczaka w Egmoncie, wiele postaci z tego środowiska współpracowało po latach z „Nową Fantastyką”.

Dziedzictwem Klubu Tfurców, oprócz tego, że ukształtował wielu polskich pisarzy fantastycznych, było zaszczepienie w tym środowisku idei warsztatów literackich. Idei żywej do dziś, bo „Nowa Fantastyka” swoją stronę internetową poświęca głównie miejscu na publikację i pracę nad tekstami literackich amatorów. Do niedawna aktywnie na tym polu działał magazyn „Fahrenheit”, a od ponad dekady – z sukcesami – nad przyszłymi pisarzami i pisarkami pracuje sekcja literacka Śląskiego Klubu Fantastyki, do której należy przywoływana już Anna Kańtoch.

To właśnie w czasie warsztatów jako pisarz narodził się Michał Cholewa (syn Piotra W. Cholewy, tłumacza Terry’ego Pratchetta), który za powieść „Forta” w 2014 r. otrzymał Nagrodę im. Janusza A. Zajdla. Kańtoch z kolei przyznaje, że pod wpływem sugestii po odczytaniu warsztatowiczom swojego opowiadania „Sztuka porozumienia” napisała je niemalże od nowa – co się opłaciło, bo przyniosło jej kolejną statuetkę Zajdla.

Tradycja takich środowisk w gatunkowym świecie fantastyki jest długa. J.R.R. Tolkien i C.S. Lewis kształtowali odpowiednio „Władcę pierścieni” i „Opowieści z Narnii” w trakcie spotkań w grupie Inklingów w oksfordzkim klubie The Eagle and Child. Amerykańscy twórcy szczycą się ukończeniem słynnych warsztatów Clarion. Nic dziwnego, że i polskie środowisko fantastyczne wypracowało własną metodę na kształcenie przyszłych autorów bestsellerów. A Jarosław Grzędowicz przekonuje, że pisania, jak każdej innej formy twórczości, można się nauczyć. – Z drugiej strony jakiś podstawowy talent jest niezbędny, żeby w ogóle zdołać się nauczyć. Weźmy muzykę: człowiek pozbawiony słuchu muzycznego może opanować chwyty, ale wybitnym gitarzystą nie zostanie.

A może Klub Tfurców opracował jednak opisywany przez Kołodziejczaka algorytm (choć może bardziej bestselleru niż arcydzieła), a działalność wygasił tylko dlatego, że nie chciał się dzielić wynalazkiem z konkurencją?

***

Wspomnienia Rafała Ziemkiewicza i Tomasza Kołodziejczaka pochodzą z tekstów drukowanych w magazynie „Fantom” nr 9/10, lipiec 2000 r.

Artykuł pierwotnie ukazał się w „Polityce” ze stycznia 2017 roku.

Foto główne: Jarosław Grzędowicz. Copyright: Fabryka Słów.

Next Post

Previous Post

© 2018 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén