Kulturalny Człowiek

Historia (kina) lubi się powtarzać

Potrzebowałem tylko jednokrotnej lektury książki „George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia” Briana Jaya Jonesa oraz mniej więcej trzydziestokrotnego obejrzenia materiałów dodatkowych na płytach z filmową trylogią „Władca Pierścieni”, by mnie olśniło: kariera Petera Jacksona to pod wieloma względami niemalże lustrzane odbicie kariery Lucasa.

W sumie zaczęło się jednak od „Hobbita” i od stwierdzenia, że druga z Jacksonowskich trylogii nie prezentuje zadowalającego poziomu. Reżyser zachłysnął się możliwościami danymi przez efekty specjalne, przedkładając ich nadmierne wykorzystanie ponad niemalże wszystko, co wcześniej przyniosło mu artystyczny i finansowy sukces. Wiele plenerów i budowanych planów zdjęciowych zastąpił zielony ekran, na bok odsunięto praktyczne efekty specjalne, a w scenach walk bohaterów zastąpiły fikające koziołki cyfrowe ludki.

Zastanawiałem się, jak można było w ten sposób zaprzepaścić własne dziedzictwo? Jak można było nie wyciągnąć tak oczywistych wniosków z sukcesu poprzedniej trylogii?

Wtedy dotarło do mnie, że znam jeszcze jednego filmowca, o którym można powiedzieć niemalże dokładnie to samo.

I gdy tak pochylałem się nad faktem, że Peter Jackson poszedł w tym względzie ścieżką bliźniaczą do tej, którą jakiś czas wcześniej kroczył George Lucas, lista podobieństw między dwoma filmowcami zaczęła się wydłużać. Były na niej takie drobnostki jak fakt, że obaj są brodatymi brunetami o bujnych czuprynach (choć obecnie u Lucasa pokryła się już ona srebrem), noszą okulary, kręcili ze Stevenem Spielbergiem, piszą scenariusze własnych filmów (z tym że Jackson częściej adaptuje istniejące już historie), a wreszcie sukces odnieśli dzięki fantastycznym filmowym trylogiom, w których obsadach gwiazd raczej brakowało, i tu, i tu znalazło się jednak miejsce dla jednego uznanego, wiekowego już aktora, wcielającego się w rolę mędrca, który pod koniec pierwszej części poświęcał życie dla sprawy (czyż Gandalf puszczający się krawędzi mostu Khazad-dûm nie przywodzi na myśl Bena-Kenobiego, unoszącego miecz i wystawiającego się na cios Dartha Vadera?). Do tego ekipy i Jacksona, i Lucasa przygotowały dla nich specjalne pieczątki, którymi reżyserzy oznaczali w trakcie prac nad filmem te projekty strojów, planów czy rekwizytów, które uzyskiwały akceptację i można był nad nimi dalej pracować.

Zbiegi okoliczności – jasne, w końcu okulary nosi więcej niż dwóch filmowców na świecie, brunetów na Ziemi również nie brakuje, a przy takim poziomie ogólności można by podobieństw doszukiwać się w faktach, że i Lucas, i Jackson mają po dwie ręce, dwie nogi, ale po jednej głowie.

Idźmy jednak dalej. Obu panów w pracach nad filmami wspierały ich żony (Fran Walsh przy scenariuszach Jacksona, a Marcia Lucas przy montażu u George’a, to jest do momentu, aż się rozwiedli). Obaj są bardzo aktywni przy montażu, wspomagając się innymi, osobiście nadzorując jednak ten proces. Obaj też są niezwykle wiernymi współpracownikami, dlatego na listach płac ich kolejnych filmów przewijają się w dużej mierze te same nazwiska. U podstaw obu ich imperiów leżą fantastyczne trylogie, które uczyniły ich obłędnie bogatymi i dały im twórczą swobodę, obaj też wrócili do swoich sztandarowych uniwersów po dłuższych przerwach (Jackson – dziewięć lat, a Lucas aż szesnaście), przy czym początkowo zarzekali się, że nie wejdą drugi raz do tej samej rzeki. Zarówno „Hobbity”, jak i epizody I-III „Gwiezdnych wojen” wprawdzie zarobiły niemało, były jednak powszechnie krytykowane przez fanów, a ponieważ zarówno Peter Jackson, jak i George Lucas kolejne sukcesy artystyczne odnosili raczej w rolach producentów, jako reżyserzy do dziś nie wyszli z cienia swoich pierwszych trylogii.

Prace nad „Gwiezdnymi wojnami” oraz „Władcą Pierścieni” przyniosły także efekty w postaci stworzenia odpowiednio Industrial Light and Magic oraz nowozelandzkiego WETA – oba studia z czasem się rozrosły, zaczęły przyjmować zlecenia od innych reżyserów, za które zresztą obsypywane były nominacjami do Oscarów i samymi statuetkami, stając się liderami branży. Ludzie Lucasa stali m.in. za systemem nagłośnienia THX, a także za rewolucją w stosowaniu efektów komputerowych, zespół Jacksona z kolei wsławił się stworzeniem oprogramowania Massiv, udanie symulującego postaci do tła efektów, przede wszystkim zaś przyniósł przełom w tzw. performance capture, czyli przenoszeniu mimiki, gestów i ruchów ciała człowieka na postać komputerową.

ILM i WETA w późniejszych latach współpracowali przy „Avatarze” Jamesa Camerona, a więc największym sukcesie kasowym w historii kina. Peter Jackson zaś metodę przygotowywania scen w postaci animacji, zwaną Previz, wykorzystał przy kręceniu „Władcy…” po tym, jak odwiedził studio ILM w Stanach.

Może to wszystko wciąż zbyt mało, by ogłosić tych reżyserów bliźniakami z różnych matek, wystarczająco jednak, aby zadumać się nad powtarzalnością historii. Rozczarowani „Hobbitami” fani „Władcy Pierścieni” oraz wkurzeni na Lucasa za drugą trylogię miłośnicy „Gwiezdnych wojen” mogą natomiast pocieszać się faktem, że w swoim bólu nie są sami – mają siebie nawzajem, bo i jedni i drudzy doświadczyli niemalże tego samego, z rąk – jak się okazuje – zadziwiająco podobnych filmowców.

Mamy tu też przyczynek do rozważań na temat konieczności ograniczania wyobraźni. Bo czy to nie dziwne, że obaj ci wielcy reżyserzy najlepsze filmy w swojej karierze kręcili przy ograniczonych budżetach i z może i wyraźnym, ale nie dominującym udziałem efektów komputerowych? Gdy jednak później zyskali pełną swobodę, zarówno w kwestii wydatków, jak i możliwości technologii, przerosło ich to i zaczęli rozczarowywać. Zauważmy, że w przypadku „Gwiezdnych wojen: Przebudzenia Mocy” przynajmniej częściowy powrót do praktycznych efektów specjalnych był nie technologicznym krokiem w tył, ale sposobem na przywrócenie temu światu realności.
Widzowie, nawet w przypadku fantastycznych fabuł, poszukują w kinie prawdy. Lucas i Jackson chyba zapomnieli o tym gdzieś między pierwszymi „Gwiezdnymi wojnami” i „Władcą Pierścieni” a „Epizodami I-III” i „Hobbitami”.

Next Post

Previous Post

© 2019 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén