Kulturalny Człowiek

Hel-3, czyli o wszystkim, a więc o niczym

Pierwsza w dorobku Jarosława Grzędowicza pełnokrwista powieść SF okazała się być jego największą pisarską porażką. To nie jest ten sam autor, który dał nam wybitną „Księgę jesiennych demonów”; ta książka sprawia wręcz wrażenie napisanej przez początkującego twórcę.

„Hel-3” jest przede wszystkim chaotyczny, pod wieloma względami. Trudno w tej powieści dostrzec spójny plan, jakąś jedną wizję tego, czym miała być ta książka – wręcz przeciwnie, można odnieść wrażenie, że w trakcie pisania Grzędowicz zmieniał kilka razy zdanie, przez co fabuła zalicza kilka „restartów”, pierwsza i druga połowa powieści nie mają ze sobą wiele wspólnego, zakończenie zaś pożyczono od taniego horroru klasy Z i doklejono tu – oby – dla jakiegoś niezrozumiałego żartu.

Najciekawiej jest na początku, gdy poznajemy Norberta, iwenciarza, więc dziennikarza przyszłości. Jest wolnym strzelcem, wiecznie poszukującym iwentów, czyli wydarzeń, które chcieliby oglądać użytkownicy MegaNetu – w pogoni za kolejnymi trafia na przykład do Dubaju. Jest rok 2058, na świecie nasilają się ekstremizmy, w Polsce natomiast Unia Europejska kolejnymi rozporządzeniami anektowała coraz więcej sfer życia codziennego, przez co obecnie kontroluje się na przykład dzienne dawki soli na obywatela, a swojsko wędzone kiełbasy to kontrabanda. W skrócie: terror ekologii, zrównoważonego rozwoju, politycznej poprawności i bycia fit, w którego opisach Grzędowicz przypomina raczej siebie czasów felietonów w „Nowej Fantastyce” czy „SFFiH”, niż z „Księgi…” lub „Popiołu i kurzu”.

Oczywiście można dyskutować, czy tworzenie SF tak bliskiego zasięgu ma literacki sens, skoro chęć nakreślenia wizji realnej narzuca – i tak było u Grzędowicza – przewidywalność kreacji i banalność sądów. Bo przecież nie chodzi o wymyślanie na nowo koła i popisy wyobraźni, ale ekstrapolowanie tego, co już znane, potęgowanie wybranych zjawisk i pokazywanie konsekwencji. Efekt to właśnie taka literacka quasipublicystyka, w „Helu…” wyraźnie skręcająca w kierunku anty-UE.

Rozważania o słuszności takich literackich wyborów zakłóca jednak fakt, że mniej więcej w połowie powieści autor zmienił zdanie, co do tego, jaką historię nam opowiada. Po tym, jak opisał coś na kształt afery podsłuchowej z kelnerami, a także atak sił państwowych na osiedle ludzi żyjących poza systemem, w celu wymuszenia na nich szczepień, zagłębił się więc w wątek konfliktu: ponadopiekuńcze państwo, rządzone przez zgniłe elity, kontra coraz bardziej ograniczani obywatele, Grzędowicz wykonał woltę i… dalej już pisał w zasadzie zupełnie inną książkę.

Druga połowa „Hel-3” to mianowicie opowieść nawiązująca właśnie do tytułu, a więc Księżyca i znajdującego się na nim pierwiastka Hel3, który może zrewolucjonizować system energetyczny. Zaczyna się od wartkiej akcji, z porwaniem i torturami… by potem na blisko dwieście stron skupić się na opisach przygotowań bohaterów do wyprawy na Srebrny Glob, co zostawiło około osiemdziesiąt stron książki na wydarzenia rozgrywające się na Księżycu.

I to jest właśnie dziwne, bo Grzędowicz w zasadzie daje nam tu drugą, niemalże zupełnie niezależną od pierwszej połowy powieści fabułę, która również wymaga wprowadzenia, przedstawienia postaci i ich motywacji, rozstawienia „pionków na planszy”. Przez to po około dwustu czterdziestu stronach w zasadzie zaczynamy książkę czytać od nowa, tę inną, połączoną z pierwszą wyłącznie osobą głównego bohatera i kilkoma pomniejszymi wątkami. A gdy już ta nowa fabuła się ukonstytuuje, poznamy bohaterów, zaprezentowany nam zostanie układ sił mocarstw na Księżycu i linie potencjalnych konfliktów, „Hel-3” serwuje nam całkowicie zaskakujące, w złym znaczeniu tego słowa, zakończenie, urywające wszystkie wątki z gracją hipotetycznej komety spadającej na Westeros i zabijającej wszystkich pretendentów do Żelaznego Tronu.

Choć, jeżeli szukać adekwatnych porównań, oddających kuriozalność tego, co w „Hel-3” wpisał Grzędowicz, byłaby to nie kometa, ale armia wojowników Jedi, wycinających w pień wszystko, co się rusza.

Brzmi dziwacznie? Dokładnie taki jest finał tej powieści – szokująco, bezczelnie wręcz niepasujący do reszty książki, napisany jakby w pośpiechu, z musu, bez czasu na nawet nie rozwinięcie księżycowych wątków, ale jakiekolwiek satysfakcjonujące ich zakończenie.

„Hel-3” należą się przez to słowa mocnej krytyki. Należą się one Grzędowiczowi, który dał nam powieść nieprzemyślaną, która chyba kilka razy wymknęła mu się z rąk. Efekt to jakiś potworek, który może i ma interesujące fragmenty, generalnie powstał jednak z posklejania ze sobą na siłę niepasujących do siebie elementów, zwieńczonych bodajże najgorszym finałem powieści fantastycznej, jaki w tej dekadzie miałem nieprzyjemność czytać.

Next Post

Previous Post

© 2018 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén