Kulturalny Człowiek

Haker w popkulturze

W ostatnich latach większą grozę od mięśniaka z karabinem budzi sylwetka pochylonego nad komputerem hakera. „Mr. Robot” czy „Dziewczyna z tatuażem” starają się realistycznie przedstawić to środowisko.

Strach od zawsze był pożywką dla kultury, zwłaszcza tej popularnej, która wokół naszych lęków budowała kolejne fabuły. Straszyła historiami o duchach i innych stworach kryjących się w ciemności, a później – gdy światło elektryczne rozproszyło mrok, a nauka obaliła wiele przesądów – zaczęliśmy bać się technologii, którą sami stworzyliśmy, i odkryć, których dokonaliśmy. Gdy pod koniec XIX w. włoski astronom Giovanni Schiaparelli dostrzegł na powierzchni Marsa coś, co przypominało kanały, twórcy prześcigali się w wymyślaniu wizji inwazji z innej planety. Jeszcze więcej książek i filmów zainspirowały zimna wojna i groźba wojny atomowej.

Czego boimy się zaś dziś? Na pewno inteligentnych maszyn. Rosnącym zagrożeniem jest też terroryzm, nowy rodzaj wojny, w której celem są przede wszystkim cywile. Jednak współczesnych ludzi w nie mniejszym stopniu przeraża chyba to, że ktoś mógłby poznać ich sekrety: odczytać maile, prywatne wiadomości z Facebooka, esemesy ze smartfona, upublicznić historię przeglądarek internetowych albo w kilka minut wyczyścić ich konta ze wszystkich oszczędności. Boimy się, że ktoś nas podgląda, nagrywa, że może to upowszechnić. Bo każdy ma sekrety, coś, czego się wstydzi, czym nie dzieli się nawet z najbliższymi – obecnie zaś większość tego typu informacji kryje się w naszych komputerach i telefonach, te natomiast podłączone są do internetu.

Zresztą nawet jeżeli ktoś ma sumienie czyste jak łza, a oszczędności trzyma w materacu, wciąż ma się czego bać, bo jak już udowodniono – ktoś z zewnątrz może przejąć kontrolę nad komputerem pokładowym samochodu waszego lub innego uczestnika ruchu i kazać mu wjechać w inne auto z prędkością 150 km/h. Ten ktoś to haker.

Hakują system

W powszechnym użyciu słowo haker jest nacechowane pejoratywnie i odwołuje się do osoby biegłej w posługiwaniu się komputerem, która swoje umiejętności wykorzystuje, by włamywać się do najróżniejszych systemów. Wtajemniczeni lobbują jednak za rozróżnianiem słów haker i cracker – bo ten drugi to właśnie rodzaj hakera łamiący zabezpieczenia (od ang. crack – łamać). Samo słowo haker (z ang. hacker) rzekomo związane jest ze studentami Massachusetts Institute of Technology, którzy poprzez żarty i psoty (hacks) popisują się swoimi umiejętnościami. Zwyczaj ten nie jest popierany przez władze uczelni, ale ma wieloletnią tradycję (w muzeum MIT prezentowane były nawet wystawy z najsłynniejszymi hackami), a jedną z zasad przyświecających takim hakerom jest nieszkodliwość ich psot.

I tak jak słowo haker ewoluowało ku bardziej mrocznemu i jednoznacznie negatywnemu znaczeniu, tak zmieniał się obraz tej społeczności w kulturze popularnej, zwłaszcza w kinie.

Jeszcze w latach 80. i 90. ubiegłego wieku wizje hakerów w filmach najwięcej wspólnego miały właśnie z buntem i płataniem figli. W słynnych „Grach wojennych” w reżyserii Johna Badhama nastolatek grany przez Matthew Brodericka omal nie sprowadził na świat atomowej zagłady, włamując się do wojskowego komputera. Zrobił to jednak niechcący, myląc program do obsługi broni atomowej z… nowymi grami komputerowymi.

Groźny haker był tu więc przypadkowym, ciekawskim dzieciakiem, który czas wolny spędzał przy klasycznych automatach do gier, na lekcjach się lenił, a później włamywał się do szkolnej bazy danych i poprawiał sobie oceny, co zresztą robił m.in. po to, żeby się popisać przed koleżanką. W ogóle jego hakerska działalność miała właśnie takie podłoże – włamywał się w różne miejsca, bo mógł, bo chciał się sprawdzić i ewentualnie poszczycić przed kimś swoimi osiągnięciami.

Inną motywacją mogła być chęć zagrania na nosie korporacjom czy politykom i odgryzienie się im w imieniu ciemiężonych przez nich maluczkich obywateli. Pełen gwiazd (Robert Redford, Sidney Poitier, Dan Aykroyd, Ben Kingsley, River Phoenix) film „Włamywacze” Phila Aldena Robinsona z 1992 r. otwiera scena, w której dwóch młodych hakerów zabawia się w ogałacanie kont m.in. Partii Republikańskiej i Richarda Nixona. Zdobyte w ten sposób środki hakerzy przelewali nie sobie, ale na przykład organizacji Czarne Pantery.

Obie wizje – nastoletniego buntownika i miłośnika gier oraz walczącego z systemem Robin Hooda – połączył i podkręcił w 1995 r. Iain Softley w kultowych już dzisiaj „Hakerach”. Film ten jest pamiętany nie tylko ze względu na to, że jedną ze swoich pierwszych głównych ról zagrała w nim Angelina Jolie (która zresztą na planie poznała swojego pierwszego męża Jonny’ego Lee Millera), ale także z powodu niezwykle wyrazistej i, cóż, momentami kiczowatej wizji środowiska komputerowych speców i hakerów.

Hakerzy ubierają się, jakby urwali się z festiwalu muzyki elektro, na którym ostatnim krzykiem mody było połączenie skóry i plastiku (w im bardziej jaskrawych kolorach, tym lepiej), jeżdżą na rolkach i deskorolkach, posługują się czaderskimi pseudonimami, popisują wynikami osiąganymi w grach komputerowych, imprezują i… chodzą do szkoły, bo są grupką nastolatków. Hakowanie staje się tu jednym z elementów gry o popularność (oraz, a jakże, sposobem na podryw), a nawet gdy ich celem zostaje urzędnik odpowiedzialny za walkę z ich środowiskiem, akcja odwetowa sprowadza się do płatania figli, jak podawanie jego numeru w spisie sekstelefonów czy zmiany w dokumentach, tak by w świetle prawa był martwy.

Boi się ich nawet Bond

W starciu z wielkimi korporacjami to hakerzy stają się naszymi obrońcami, działającymi wprawdzie poza prawem, ale w słusznym celu. „Hakerzy” to film efekciarski, z naszej perspektywy kiczowaty, i często świadomie podkolorowujący fakty, na przykład poprzez wizualizacje wirusów komputerowych jako mnożących się króliczków czy wyjadających kod stworków, a pamięci komputera jako pełnych wieżowców miast, o które hakerzy toczą walkę z ochroną systemu.

Cel Softleya wydawał się więc tu jasny: pokazać to środowisko jako godnych podziwu buntowników, znowu – Robin Hoodów, czyli bandytów walczących z systemem i broniących maluczkich, posiadających nawet własny manifest, z takimi sformułowaniami, jak twierdzenie, że ich jedyną zbrodnią jest ciekawość (łamią zabezpieczenia, bo chcą sprawdzić, czy mogą). Hakerzy mieli tu być po prostu cool.

Dziś ten obraz jest zupełnie inny. Skąd ta przemiana? Pomyślmy, komu w latach 80. i 90. ubiegłego wieku zagrażali hakerzy – korporacjom i rządom właśnie, bo internet wtedy raczkował i dla przeciętnego człowieka po prawdzie mógł nie istnieć. Świat się jednak zmienił, stopień naszego uzależnienia od komputerów w szczególności, zmienili się więc i hakerzy, a z czasem również ich obraz w popkulturze.

We współczesnym kinie z hakerami mierzą się (i momentami pozostają bezradni) nawet John McClane czy James Bond. Ten pierwszy w „Szklanej pułapce 4.0.” stanął naprzeciwko byłego rządowego speca od bezpieczeństwa, który po wyrzuceniu z pracy postanowił złamać zabezpieczenia, których wady wcześniej wytykał, agent 007 w „Skyfall” z kolei długo był wodzony za nos przez byłego kolegę, który, podobnie jak wróg McClane’a, szukał zemsty na byłych pracodawcach. Pierwszy był w stanie przejąć kontrolę nad systemem dystrybucji gazu i wysadzić jedną ze stacji, pozbawiając prądu spory kawałek Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych, wywołać ogólnonarodową panikę za pomocą fałszywego wideo z wybuchem Kapitolu, a nawet przekonać wojskowego pilota, by ten ostrzelał McClane’a. Haker od Bonda popisał się jeszcze bardziej, najpierw wysadzając siedzibę MI6, a potem infiltrując i przejmując kontrolę nad nową centralą agentów.

Znają wasze tajemnice

Współcześnie haker staje się więc bohaterem kina akcji i pełnoprawnym przeciwnikiem nawet dla największych jego ikon. Haking oderwał się od kontekstu środowiska i subkultury, stając się po prostu kolejnym – niezwykle groźnym – narzędziem w rękach czy to bohaterów, czy czarnych charakterów kina, za pomocą którego można siać chaos i zniszczenie. Ubiegłoroczny film „Haker” otwiera sekwencja, w której zaatakowana zostaje elektrownia atomowa, co doprowadza do wybuchu, później zaś ofiarą złośliwego oprogramowania pada giełda, co wprowadza zamęt na rynkach finansowych i przeraża Chińczyków do tego stopnia, że w celu ujęcia sprawcy decydują się na współpracę z rządem amerykańskim.

Budowana przez kino akcji wizja jest jednak niepełna, bo filmowcy nie tyle tworzyli portrety współczesnych hakerów, ile ich umiejętności i niektóre cechy przeszczepiali swoim bohaterom – dlatego Hemsworth w „Hakerze” swoich rąk częściej niż do programowania używał do okładania innych pięściami, a Silva w „Skyfall”, choć niezwykle groźny przy komputerze, z Bondem ostatecznie walczył wręcz. Te postaci były więc raczej hybrydami.

Hakerów z krwi i kości mieliśmy w ostatnich latach w filmie „Dziewczyna z tatuażem” Davida Finchera (który powstał na bazie powieści Stiega Larssona) oraz w serialu „Mr. Robot”, czyli jednym z największych pozytywnych zaskoczeń ubiegłego roku na małym ekranie (drugi sezon w Stanach Zjednoczonych w lipcu, w Polsce zaś w sierpniu).

W obu przypadkach bohaterami są ludzie młodzi, ale nie nastolatki, odpowiednio kobieta (Lisbeth Salander) i mężczyzna (Elliot Alderson) – wycofani, nieufni, stroniący od innych ludzi, niemalże zawsze ubrani na czarno, z kapturami narzuconymi na głowę. W nich powracają echa buntowników, tu wynikające jednak bardziej z niechęci do społeczeństwa niż do systemu.

Bo zarówno Lisbeth, jak i Elliot znają prawdziwe oblicza ludzi – wykradają nasze tajemnice, śledzą nas, docierają do najgłębszych sekretów… które ich odrzucają. Najsilniej wątek ten porusza „Mr. Robot”, którego główny bohater jest pogrążony w depresji, uzależniony od narkotyków, wyalienowany – m.in. dlatego, że poznał prawdę o innych i tą prawdą się brzydzi. Elliot nie może nawet liczyć na pomoc swojej psychoterapeutki, bo podczas sesji skupia się głównie na niej, na jej pełnym bólu i kłamstw życiu, na tym, do czego dotarł, gdy postanowił ją sprawdzić. To zresztą jego nawyk – hakuje każdego, kogo poznaje, gromadząc dane o nim, tak na wszelki wypadek.

Nie są niewinni

Gdyby używać klasyfikacji znanej z gier, Lisbeth, a tym bardziej Elliota trzeba by określić mianem bohaterów chaotycznych – takich, którzy w różnych sytuacjach mogą być raz dobrzy, raz źli. Weźmy Elliota – w pierwszym sezonie jego celem jest Evil Corp., czyli największa korporacja świata, moloch i ciemiężyciel milionów, z wieloma ludzkimi tragediami, a nawet śmierciami na sumieniu. Czyli mamy szlachetnego buntownika, tak? Nie do końca, bo jednak Elliot obsesyjnie gromadzi „haki” na różnych ludzi i choć czasem takie dane wykorzystuje, by zdemaskować kłamcę czy wsadzić do więzienia dilera narkotykowego, nie zmienia to faktu, że narusza prywatność niemal wszystkich, którzy go otaczają, także najbliższych. Jest w tych działaniach przerażający, a jego władza nad ludźmi wydaje się nieograniczona. Zresztą nawet jego działania względem Evil Corp. nie są tak do końca dobre, bo kierując się ideami, nie jest w stanie przewidzieć ich wszystkich konsekwencji, w ogólnym rozrachunku robiąc więcej szkody, niż pomagając.

Hakerzy utracili więc niewinność, a ich działania awansowały z psot do zagrożeń terrorystycznych. Oni sami przeszli drogę od szlachetnych i ciekawskich buntowników do w najgorszym razie czarnych charakterów, a w najlepszym postaci dysponujących zbyt wielką władzą, która ich korumpuje, nawet jeżeli mają dobre intencje. Sami przy tym też ucierpieli, bo choć ich umiejętności pozwoliły im odkryć prawdziwe oblicze otaczającego ich świata, nie przygotowały ich na radzenie sobie z tą prawdą.

To trochę tak, jakby Robin Hood wciąż rabował bogatych i łupy oddawał biednym, ale jednocześnie – tak na wszelki wypadek – kazał biedaczkom oddać mu wszystko, co posiadają, w depozyt, i zmuszał ich do wyjawiania mu najbardziej wstydliwych sekretów, żeby dodatkowo bronić ich przed nimi samymi.

Artykuł pierwotnie ukazał się w „Polityce” z lipca 2016 roku. 

Next Post

Previous Post

© 2019 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén