Kulturalny Człowiek

Fandom, widziany z zewnątrz

„Historie fandomowe” to rzetelna próba spojrzenia na polskie fandomy fantastyczne bez uprzedzeń, ze zrozumieniem, ale również bez czołobitności czy pomijania trudnych tematów.

Pindel otwiera „Historie fandomowe” cytatem z Maćka Parowskiego, który rzecz jasna jest jednym z głównych bohaterów tej książki. Prawda jest taka, że przydarzyła nam się wielka przygoda – mówi Ojciec Redaktor. Mówi pięknie; pięknie, jak tylko on potrafił opowiadać o czasach minionych, snując niekończące się anegdoty, zawsze z błyskiem w oku, z energią, jakby te wszystkie dyskusje o literaturę z lat 80. czy 90. w nim wciąż trwały, wciąż dawały mu siłę. Widzę zresztą głębszy związek między książka Pindela a Maćkiem Parowskim, wykraczający poza relację autora publikacji z jej bohaterem. Sam Maćka nazywałem „pamięcią fandomu”, a zawsze gdy pytał – a pytał co miesiąc – co sądzę o nowym felietonie do „NF” odpowiadałem, że jak zwykle świetny i cieszyłem się, że otwiera przede mną, przed nami wrota do przeszłości, do innych czasów, gdy w dużej mierze rodziła się współczesna polska fantastyka. Maciek mówił jednak o sobie, o swojej historii, karierze, życiu, przyjaciołach i wrogach (częściej – byłych wrogach, z którymi teraz się przyjaźnił), i nawet mimo swojej otwartości i niebywałej zdolności do zmiany zdania i przyznawania się do błędów, jego perspektywa musiała być „skażona”. Pindel więc w „Historiach…” uzupełnia tę snutą nam przez lata przez Maćka opowieść o fandomie, innym, zewnętrznym punktem widzenia. To olbrzymia wartość „Historii fandomowych”.

Przy czym największą wartością publikacji Tomasza Pindla jest jej rzetelność, a więc płynąca z niej otwartość, powodowana ciekawością i ewidentną próbą zrozumienia, a nie tylko sklasyfikowania, czy – jak często się zdarza – potwierdzenia swoich wcześniejszych wyobrażeń o fandomie fantastycznym. W „Historiach…” przejawia się to w ten sposób, że książka ta to w zasadzie długa kompilacja wielu wywiadów, między innymi z Maćkiem Parowskim, Anną Brzezińską, Lechem Jęczmykiem, Kasią i Rafałem Kosikami, Markiem Oramusem, Jackiem Inglotem, Konradem T. Lewandowskim, Piotrem W. Cholewą, Elżbietą Gepfert i mnóstwem innych „fandomitów”, ale i osób z fantastyką związanych luźniej, jak Wojciech Orliński czy Paweł Dunin-Wąsowicz. Łącząc natomiast wypowiedzi tych wszystkich osób w spójną narrację, Pindel nie schował siebie, nie oddał im tylko głosu, dużo komentując, prostując, a niekiedy na przykład zestawiając różne punkty widzenia.

Przykładem „zdrowego” podejścia Tomasza Pindela do bohaterów swojej książki niech będzie Lech Jęczmyk, którego zasługi dla polskiej fantastyki i fantastyki w Polsce są niezmierzone, ale którego nie zwalnia to od krytyki, choćby w kwestiach obecności w fandomie płci pięknej – powiedzieć, że stosunek Jęczmyka do kobiet pozostawia wiele do życzenia to w zasadzie nie powiedzieć nic.

Zresztą, Pindel porusza nie tylko kwestię kobiet w fandomie, ale również choćby stosunek działaczy fandomu i autorów do PRLu, rysuje i analizuje linie podziałów (fantasy vs. SF, stary fandom vs. nowy, czytając vs. grający, i tak dalej), dochodzi również do tematu „getta” i tego, jak fandom sam siebie widzi w stosunku do tak zwanego „głównego nurtu”, oraz jak „główny nurt” widzi fandom.

Jeżeli z moich słów wyczytuje ktoś potok pochwał względem Tomasza Pindela, to dlatego, że „Historie fandomowe” prawdziwie mnie urzekły. Na taką książkę czekałem. Oczywiście, zawsze można mieć jakieś uwagi, a główną będzie to, że mało, że chce się więcej, głębiej, szerzej (książka ma „tylko” 240 stron). Oceniając jednak to, co się dostało, a nie to, czego by się sobie życzyło, trudno o krytykę. „Historie fandomowe” bardzo dobrze mieszają historię fandomu z jego analizą, zachowują udane proporcje między komentarzami autora o słowami samych „fandomitów”, a przy tym są wyjątkowo przystępne (autor sam podkreśla, że pisze raczej dla ludzi spoza fandomów), a przy mnogości wątków i bohaterów nie gubią czytelnika, nie grzęzną, tak że nawet dygresje nie zaburzają rytmu lektury.

Mnie też Pindel zainspirował do zastanowienia się, czym jest fandom fantastyczny, czym różni się choćby od coraz większego fandomu serialowego? Stawiałbym chyba na przenikalność, zwłaszcza na linii fani-twórcy i fani-profesjonaliści; ale to może dlatego, że sam pokonałem drogę o pisania fanowskich recek do bycia zawodowym redaktorem i publicystą. By natomiast w ogóle móc się tak zastanawiać, takie spojrzenie z zewnątrz jest nieocenione.

Recenzja pierwotnie ukazała się w miesięczniku „Nowa Fantastyka”.

Next Post

Previous Post

© 2020 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén