Kulturalny Człowiek

Czerwona Planeta i jej historia w popkulturze

Kiedyś miał być domem Obcych, kolebką ludzkości albo naszym wybawieniem, gdyby Ziemia umarła. Teraz „Marsjanin” Andy’ego Weira, zekranizowany przez Ridleya Scotta, oraz ambitne plany Elona Muska, Mars znowu jest na pierwszym planie.

Mars to ciekawy przypadek, kiedy zainteresowania naukowców i twórców science fiction wyjątkowo się rozjechały. Choć do pewnego momentu zgodnie wlepiali wzrok w czerwony glob i podczas gdy ci pierwsi starali się odkryć jego tajemnice, drudzy snuli opowieści o tym, co możemy tam znaleźć.

Do klasyki fantastyki naukowej zaliczamy dziś „Wojnę światów” H.G. Wellsa, gdzie ludzkość atakują Marsjanie, a także „Księżniczkę Marsa” i pozostałe historie Edgara Rice’a Burroughsa o Johnie Carterze, jak i „Z milczącej planety” C.S. Lewisa – w obu pisarze przedstawiali nam obce, inteligentne cywilizacje, zamieszkujące sąsiadujący z Ziemią glob. Do tej listy trzeba by także dołożyć „Kroniki marsjańskie” Raya Bradbury’ego, opisujące kolonizację Czerwonej Planety przez Ziemian.

Kadr z filmu „John Carter”

Pierwszy film o Marsie, zatytułowany po prostu „Podróż na Marsa”, nakręcono już w 1910 r. Była to kilkuminutowa produkcja studia zarządzanego przez Thomasa Edisona. Później było wiele kolejnych filmów, najczęściej klasy B albo niższej (na Marsa wybrali się nawet komicy Abbott i Costello), ale również produkcje kultowe, choćby „Pamięć absolutna” Paula Verhoevena z Arnoldem Schwarzeneggerem na podstawie opowiadania „Przypomnimy to panu hurtowo” Philipa K. Dicka. Późniejsze powieści – w tym głośna „Trylogia marsjańska” Kima Stanleya Robinsona z lat 1993–96 czy rodzimy „Mars” Rafała Kosika z 2003 r. – skupiały się na procesie terraformowania, czyli zmiany panujących na Marsie warunków, tak aby były bliższe ziemskim. Hollywood naszym kosmicznym sąsiadem interesowało się jeszcze stosunkowo niedawno, bo w 2000 r., kiedy to do kin weszły dwie wysokobudżetowe produkcje: „Misja na Marsa” Briana De Palmy oraz „Czerwona Planeta” z Valem Kilmerem – obie, delikatnie mówiąc, słabe.

Kierunek: Mars!

Przez ostatnią dekadę twórcy ustąpili jednak naukowcom. Misja załogowa na Marsa to aktualny program i choć NASA boryka się ostatnimi laty z coraz mniejszym finansowaniem, niedawno odniosła nawet niemały sukces – zbudowany z myślą o dalekich podróżach międzygwiezdnych statek Orion zaliczył pierwszy testowy, bezzałogowy lot. Grupa śmiałków w tej chwili wypróbowuje zbudowany z myślą o Czerwonej Planecie habitat, w którym zamieszkali na rok, na jednym z hawajskich wulkanów, gdzie warunki mają być mniej więcej zbliżone do marsjańskich. O osiedleniu ludzi na Marsie otwarcie mówi również Elon Musk, twórca PayPala i samochodu Tesla, który niedawno opowiadał, że najszybszym sposobem na terraformowanie tej planety jest zdetonowanie ładunków termonuklearnych na biegunach, chwalił się też postępem prac nad rakietami wielokrotnego użytku, która to technologia miałaby radykalnie obniżyć koszty kosmicznych podróży. Kto zaś chciałby się wybrać na Marsa? Najwyraźniej wiele osób, nawet jeżeli miałby to być bilet w jedną stronę – wśród ochotników jest nawet troje Polaków.

Kadr z filmu „Marsjanin”

O Marsie wiemy więc coraz więcej, kwestią czasu pozostaje także wyczekiwane lądowanie człowieka na jego powierzchni. Co na to fantastyka naukowa? Cóż, wydaje się przytakiwać mechanicznie i przy pierwszej lepszej okazji kieruje swoją uwagę ku innym tematom.

Niezwykle ciekawym przypadkiem jest wspomniana wcześniej „Pamięć absolutna”. Film Verhoevena do kin wszedł w 1990 r. i był olbrzymim sukcesem, stąd postanowiono nakręcić sequel. Nie powstał jednak, co jest jedną z najbardziej szalonych opowieści w Hollywood. Rozciąga się ona na 20 lat i obejmuje plan, aby to „Raport mniejszości” był kontynuacją „Pamięci…” (ostatecznie powstał samodzielny film w reżyserii Stevena Spielberga), a jedna z wersji scenariusza opisywała wysadzenie Marsa i „zassanie” Ziemi na jego orbitę, co miało uratować nas przed rosnącym Słońcem. Kuriozalne? Dla dyskusji o Czerwonej Planecie kluczowe jest jednak to, że gdy wreszcie w 2012 r. powstał nowy film (który ostatecznie był remakiem, a nie sequelem), nie było w nim Marsa!

Mówimy tu o wątku kluczowym w oryginale, stanowiącym oś fabularną i wyróżnik „Pamięci absolutnej” Verhoevena, o wątku, który przez blisko dwie dekady pracy nad kontynuacją pojawiał się w każdej wersji scenariusza. Aż w końcu po prostu zniknął. Twórcy najwyraźniej pomyśleli, że w drugiej dekadzie XXI w. dla widza bardziej atrakcyjne będą problemy zatrucia Ziemi, podziałów klasowych, inteligentnych maszyn i podróży przez jądro Ziemi niż snucie opowieści o Obcych na Marsie – wszystkie dostarczone nam przez najrozmaitsze sondy i łaziki marsjańskie informacje mówią przecież wyraźnie: to tylko czerwona pustynia.

Może jednak twórcy nowej „Pamięci…”, mimo że nakręcili słaby film, ze scenariuszem pełnym kuriozalnych pomysłów, w kwestii Czerwonej Planety się nie mylili? W tym samym roku do kin wszedł „John Carter”, czyli ekranizacja wspomnianej na początku powieści Burroughsa, opisujący losy przeniesionego na Marsa tytułowego bohatera, który spotyka tam rdzennych mieszkańców planety i wikła się w wielki konflikt o panowanie nad nią. Film był katastrofalną klapą, jedną z największych w historii kina.

Coraz więcej wiemy o Marsie

Skąd ta porażka? Widzowie wyraźnie wizję zamieszkanego, pełnego życia Marsa po prostu odrzucili. Wiele do myślenia daje także fakt, że gdy w 2014 r. ukazała się antologia opowiadań fantastycznonaukowych „Hieroglyph”, inspirowana przez Neala Stephensona i tworzona pod skrzydłami Uniwersytetu Arizony (celem było silne powiązanie fikcji z nauką i futurologią), w żadnym tekście nie pojawił się Mars, jego kolonizacja czy terraformowanie. Podobnie w „Interstellarze” Christophera Nolana, przy którym konsultantem był wybitny fizyk Kip Thorne, Mars nie występuje – ludzie szukają domu lata świetlne dalej, a gdy w końcu opuszczają umierającą Ziemię, nie udają się na sąsiednią planetę, tylko budują olbrzymie stacje w kosmicznej pustce.

Kadr z filmu „Pamięć absolutna”

I taka jest właśnie zasada, niezależnie, czy mowa tu o filmie czy o książkach: twórcy skupili się na Ziemi, opisując zmiany klimatu, prace nad sztuczną inteligencją, coraz większe zespolenie ludzi z maszynami czy rzeczywistość rozszerzoną, uznając je za tematy dużo ciekawsze niż w końcu całkiem dobrze już poznany Mars.

Polacy nie są tu wyjątkiem. Od 2003 r., kiedy to Rafał Kosik wydał „Marsa”, do dziś powstały ledwie dwie powieści, w których Czerwona Planeta odgrywa jakąkolwiek znaczącą rolę, przy czym w „Białej reducie. Tomie 1” Tomasza Kołodziejczaka jest tylko jedną z lokacji, kolonią, która chce się uniezależnić. Pełną uwagę poświęcił jej wyłącznie debiutant Dariusz Sypień. W jego opublikowanej w tym roku „Dżungli” Mars jest głównym bohaterem – w XXIII w. ludzie skolonizowali tę planetę, terraformując ją nawet w niemałym stopniu, choć to wciąż jałowy, nieprzyjazny glob, który jeden z głównych bohaterów wprost nazywa piekielną planetą.

Kadr z filmu „Grawitacja”

Fikcje literacka i filmowa odwracały się od Czerwonej Planety tym bardziej, im bardziej nauka odzierała ją z tajemnic. A rozwiewając wątpliwości, ukazywała martwy, zimny glob. Nasze spojrzenie na Marsa stało się pochodną naszego spojrzenia na kosmos. Kosmos, który nie okazał się pełen życia, którego nie podbiliśmy, bo wciąż zmagamy się z podróżą na sąsiednią planetę, nie wspominając o opuszczeniu Układu Słonecznego. Kosmos, który milczy, mimo że sięgamy wzrokiem coraz dalej.

Jeżeli już więc powstają opowieści o podboju nowych galaktyk, to najczęściej w bajkowej formie space opery, jak „Star Trek” czy „Jupiter: Intronizacja”, gdzie statki podróżują z prędkością światła albo i szybciej, a na co drugiej planecie mieszka jakiś rozumny gatunek. Gdy zaś w gwiazdy wybiera się twórca chcący trzymać się rzeczywistości, powstają kameralne opowieści pokroju „Moon” Duncana Jonesa, „W stronę słońca” Danny’ego Boyle’a czy obsypana Oscarami „Grawitacja” Alfonso Cuaróna, z Sandrą Bullock w roli astronautki próbującej powrócić na Ziemię po awarii stacji kosmicznej. Kosmos jest niebezpieczny, pusty, pełen samotności, która może sprowadzić szaleństwo – taki przekaz płynie z tych trzech świetnych obrazów.

Mars Weira

W tym duchu opowieści o kosmosie jako wielkiej pustce, środowisku skrajnie nieprzyjaznym, utrzymana jest powieść „Marsjanin” Andy’ego Weira. Choć jednocześnie jest to historia pełna humoru, optymizmu i wiary w to, że ludzkość znowu zacznie marzyć o gwiazdach. Głównym bohaterem jest Mark Watney, botanik i członek misji Ares 3, czyli załogowego lotu na Marsa. W sumie marsonautów jest sześcioro, wszyscy docierają na Czerwoną Planetę, gdzie na badaniach mają spędzić pełen miesiąc.

Problemy pojawiają się jednak wyjątkowo szybko – niezwykle silna burza piaskowa uderza w ich habitat, w związku z czym muszą się ewakuować. W drodze do lądownika Mark zostaje trafiony metalowym elementem i znika załodze z oczu. Odczyty z jego skafandra informują o zatrzymaniu funkcji życiowych, marsonauci podejmują więc trudną decyzję o powrocie bez – według nich martwego – kolegi.

Mark jednak miał wiele szczęścia i przeżył, choć on mógłby mieć na ten temat nieco inne zdanie, zważywszy, że został na Marsie sam, bez możliwości odlecenia z planety i bez komunikacji z Ziemią, bo burza uszkodziła anteny. Wprawdzie za jakiś czas w nową misję wyruszyć ma kolejna załoga, więc Mark mógłby do nich dotrzeć, gdy już wylądują, problem jednak w czym innym: mimo że zostały mu zapasy jedzenia dla sześciu osób, miały wystarczyć na miesiąc, a nie na blisko cztery lata.

Tak rozpoczyna się historia Robinsona Crusoe naszych czasów – z tą różnicą, że na Marsie jest zdecydowanie zimniej niż na tropikalnej wyspie, a wokół ani Piętaszka, ani choćby powietrza, którym można by oddychać. Powieść Weira to zapis walki Marka Watneya z Marsem, a w zasadzie kronika główkowania, bo głównie to robi tytułowy Marsjanin – kombinuje, jak uprawiać rośliny (na szczęście jest botanikiem), jak odzyskać łączność z Ziemią, przerabia kolejne sprzęty na własny użytek i słucha disco, bo tylko taka muzyka mu została. Jednocześnie prowadzi dziennik swoich poczynań, rozmawia więc z hipotetycznym przyszłym jego odbiorcą, a ponieważ strasznie zabawny i sympatyczny z niego facet, czytelnik ma ubaw. I sporo się uczy, bo Weir obsesyjnie wręcz dbał o stronę naukową, opierał się na autentycznych planach NASA co do misji na Marsa, opisywał ich procedury, napisał nawet specjalny program komputerowy, za którego pomocą wyliczał trasy lotu statku kosmicznego. A przy tym wszystkim opisywał technologię istniejącą już teraz, w zasadzie trudno więc jednoznacznie nazwać „Marsjanina” fantastyką.

Mars Scotta

Fakt, że Hollywood – w osobie Ridleya Scotta – postanowiło przenieść tę historię na wielki ekran, nikogo nie powinien dziwić. To w zasadzie gotowy scenariusz, pełen zwrotów akcji i nieustannie podtrzymujący napięcie. Zresztą nawet historia samej książki jest jak z Fabryki Snów: od publikacji na stronie autora w 2011 r., poprzez sukces samodzielnie wydanego e-booka na Amazonie, aż do druku i ostatecznie sprzedaży praw uznanemu reżyserowi, by na końcu w filmie w głównego bohatera wcielił się Matt Damon.

Kadr z filmu „Marsjanin”

Film ma potencjał na hit. Trudno jednak orzec, czy „Marsjanin” Scotta sprawi, że odżyją nasze marzenia o gwiezdnych podróżach. Taki cel przyświecał Andy’emu Weirowi, taki też zdaje się stać za filmem, o czym świadczą zamieszczane w ramach jego promocji na YouTube materiały wideo (konto ARES:live). Podobnie jak to robił w przypadku „Prometeusza”, i tutaj Ridley Scott wyprodukował serię filmików udających prawdziwe materiały dotyczące misji Aresa – takie, jakie by powstały na potrzeby telewizji czy mediów społecznościowych, gdyby lot załogowy na Marsa faktycznie miał się niedługo odbyć. Jednym z tych wideo jest „Our Greatest Adventure”, udające odcinek programu „Spacetalk”, którego gospodarzem jest Neil deGrasse Tyson. W wyprodukowanym przez polskie studio Juice filmiku (większość jego ujęć powstała w Warszawie, bo tylko w znikomym stopniu wykorzystuje fragmenty głównego filmu) popularny astrofizyk snuje opowieść o niezwykłym wysiłku, jakim było wysłanie człowieka na Marsa, o naszym przeznaczeniu w gwiazdach i o tym, że choć Ziemia jest naszą matką, wydaje się, że nie będzie miejscem ostatecznego spoczynku ludzkości. Możliwe, że ma rację – warto jednak zwrócić uwagę, że choć wspomina o planach założenia samowystarczalnej marsjańskiej kolonii, Czerwona Planeta opisywana jest tylko jako pierwszy krok ku dalszej podróży.

Największe szanse na ożywienie snów o Marsie będzie miało teraz faktyczne lądowanie ludzi na tej planecie – tak jak lądowanie na Księżycu przez lata napędzało marzenia o podboju kosmosu. Fikcja ma to do siebie, że potrzebuje niewiadomych. A w tym konkretnym przypadku wiedza zabiła wyobraźnię.

Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku „Polityka” we wrześniu 2015 roku.

Next Post

Previous Post

© 2019 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén