Kulturalny Człowiek

„Czarna Pantera”, czyli lekki powiew świeżości

Film Ryna Cooglera to długo wyczekiwana produkcja studia Marvel, która nie jest taka sama jak dziesięć poprzednich obrazów z tego uniwersum. Cieszy odmiana zarówno wizualna, jak i zmiana tonu na poważniejszy.

Kinowe Uniwersum Marvela, tak zwane MCU, najlepsze w ostatnich latach bywało wtedy, gdy szukało nowych ścieżek, jak w „Zimowym żołnierzu”, który dużo czerpał ze szpiegowskich thrillerów, czy w „Strażnikach Galaktyki”, gdzie pomieszały się space opera i absurdalny humor Jamesa Gunna. Najczęściej jednak bywało zachowawczo – i tak choćby „Doktor Strange” to ten sam schemat fabularny, co „Iron Man”, „Thor: Ragnarok” to dobrze znana nam mieszanka rozbuchanej akcji z nadmiarem komedii, a nawet w sumie bardzo udany „Spider-Man: Homecoming” nie wychodzi poza ramy opowieści o bohaterze odkrywającym swoje moce i, poprzez porażki, dojrzewającym do heroizmu.

„Czarna Pantera” rzecz jasna również ma w sobie pewne stałe tropy, choćby motyw utraty mocy i powrotu, niczym feniks z popiołów, by walczyć z pozornie silniejszym przeciwnikiem. Nie mogło też obyć się bez uzupełnienia walki naszego herosa z głównym przeciwnikiem starciem małych armii, stanowiących efektowne tło dla efektownej najważniejszej walki.

A jednak Coogler odnalazł w tym własną ścieżkę. Jego Czarna Pantera to nie ktoś nowoobdarzony mocami, uczący się, że wiążą się one z odpowiedzialnością, czy po prostu przechodzący klasyczny trening herosa, nie jest to też ktoś niedojrzały, muszący odszukać się w zupełnie nowej roli. T’Challa to bohater uformowany, który przyjmuje pozycję, do której przygotowywał się całe swoje życie – jego podróż to dylemat władcy, szukającego nowej ścieżki nie dla siebie, ale dla całego narodu. Mamy więc tu dyskurs na innym poziomie: nie osobistym, ale państwowym, odpowiedzialności nie indywidualnej, ale całego narodu. Dlatego jest ciekawiej: bo T’Challa nie zastanawia się, czy ubierać się w kostium i nocami prać oprychów, ale mierzy się z problemami, które trapią współczesną politykę: odpowiedzialności za przeszłość i dawne zbrodnie, jak i odpowiedzialności za wspólną przyszłość, choćby w kwestii uchodźców.

„Czarna Pantera” to więc pierwszy od premiery „Iron Mana” i „Zimowego żołnierza” film Marvela, którego korzenie wbijają się głęboko w nasz świat, a nie tworzą bańkę własnej fantastycznej rzeczywistości, czy to przenosząc akcję do Asgardu, czy dalej w kosmos, czy do nieistniejącej Sokovii.

Jest to też pierwszy od bardzo dawna film MCU, w którym nasz bohater podejmuje walkę wykraczającą poza proste fizyczne starcie – Killmonger to przeciwnik nie tylko dorównujący T’Challi pod względem umiejętności walki, ale też ścierający się z nim moralnie, będący personifikacją problemów i dylematów, przed którymi staje młody władca. Doskonale sportretowany przez Michaela B. Jordana Erik Killmonger może i chce zawładnąć światem, nic innego nie łączy go jednak z tak zwanymi „komiksowymi złoczyńcami”.

Zresztą, nie tylko on wypada więcej, niż dobrze: błyszczy Chadwick Boseman jako T’Challa/Czarna Pantera, najbardziej pozytywnie zaskakuje zaś Danai Gurira w roli Okoye, czyli fascynującej, silnej bohaterki, również mierzącej się z realnymi dylematami moralnymi – rozdarciem pomiędzy lojalnością wobec władcy, a wobec państwa.
Wyróżnikiem filmu Ryana Cooglera, który najbardziej rzuca się w oczy, jest natomiast warstwa wizualno-muzyczna, opierająca się na tak zwanym afrofuturyzmie: akcja w większości rozgrywa się w Wakandzie, a więc nieistniejącym afrykańskim państwie, przypominającym technologiczną utopię, kryjący się przed światem z lęku, że otwarcie na obcych przyczyniłoby się do utraty własnej tożsamości (znowu: bardzo aktualny temat polityczny). Wizualizacje rodem z fantastyki-naukowej łączą się więc w „Czarnej Panterze” z kulturą plemienną Afryki, a sceny jak ze „Star Treka” sąsiadują z rytuałami inicjacyjnymi, podobnie w muzyce współczesne dźwięki mieszają się z tradycyjnymi.

„Czarna Pantera” to film, który po prostu chłonie się oczami, niemalże w każdej klatce znajdując fascynujące scenografie, stroje, sycąc się projektami doskonale łączącymi futuryzm z afrykańską sztuką plemienną.

W zasadzie więc wszystko, co najlepsze w „Czarnej Panterze” to te elementy, które są inne od standardowego pakietu, oferowanego nam niemalże w każdym filmie przez Marvela. A co uczyniłoby obraz Cooglera lepszym? Jeszcze dalsze odejście od estetyki MCU, czyli choćby ograniczenie efekciarskości, a także chyba jednak poważniejszy ton, bo choć „Pantera” to jak na MCU film wyjątkowo mało komediowy, to wydaje się, że zupełnie odejście od żarcików tylko pomogłoby lepiej wybrzmieć dylematom T’Challi.

„Czarna Pantera” stanowi krok, a może i dwa, w dobrą stronę, bo w sztywnych ramach Kinowego Uniwersum Marvela szuka własnej ścieżki. Wciąż nie jest idealnie, wciąż nie widać tu całkowitej artystycznej twórczości, cieszy jednak i ten lekki powiew świeżości, którego Marvel tak bardzo potrzebował.

Next Post

Previous Post

© 2019 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén