Kulturalny Człowiek

Co zabiło magię?

„Wzlot i upadek D.O.D.O.” to efekt współpracy dwojga autorów – Nicole Galland i Neala Stephensona. W tej opasłej powieści magia łączy się z nauką i historią, tak jak i łączą się style obojga autorów, dając nam powieść przede wszystkim rozrywkową, ale opartą na solidnych podstawach fantastyki naukowej.

Z dwóch zdobiących okładkę „D.O.D.O.” nazwisk autorów tej książki, w Polsce zdecydowanie bardziej rozpoznawalne jest to należące do Neala Stephensona. Podczas gdy w przypadku Galland nad Wisłą ukazała się tylko jedna jej książka, i to dekadę temu, tak już autora „Zamieci”, „Cryptonomiconu” czy „Peanathemy” kojarzy niemalże każdy miłośnik współczesnej fantastyki naukowej. Tym bardziej, że w roku 2016 przypomniał o sobie całkiem udanym „7Ew”, w którym hiperrealistycznie opisał scenariusz radzenia sobie ludzkości z globalnym kataklizmem i to, jakie szanse mielibyśmy, jako gatunek, by przetrwać, gdyby naszą planetę trafił szlag.

Bo o Stephensonie trzeba wiedzieć, że jeżeli chodzi o podejście do nauki w fantastyce naukowej, to jest przedstawicielem frakcji bardzo rygorystycznej, wręcz naciska na bliższe związki literatury z nauką, choćby poprzez współpracę z uczelniami czy laboratoriami, w swoich książkach zaś drobiazgowo opisuje wszystkie istniejące i opracowywane przez siebie technologie. Między innymi dlatego jego powieści mają po blisko tysiąc stron – wspomniane „7Ew” to w zasadzie instrukcja obsługi, z której ludzkość mogłaby skorzystać w razie konieczności ewakuacji planety, bo Stephenson krok po kroku opisuje tu ten proces, analizując wiele możliwych scenariuszy i wskazując większość realistycznych zagrożeń.

Dlatego choć „Wzlot i upadek D.O.D.O.” traktuje o magii i czarownicach, nie należy postrzegać tej powieści jako fantasy – oczywiście, można się spierać i próbować tak szufladkować ten tekst, jeżeli jednak chodzi o podejście do elementów nadprzyrodzonych i samego ducha książki, mamy tu do czynienia z tzw. hard SF, gdzie naukowych faktów się nie nagina. Aczkolwiek trzeba też zaznaczyć, że jeżeli już iść w klasyfikacje, to „D.O.D.O.” z czasem ewoluuje, zmienia kierunki i przechodzi od SF właśnie i podróży w czasie, do powieści przygodowej, aż do satyry na biurokrację, by zakończyć z dodatkiem thrillera.

Pod wieloma względami jest więc to typowa dla Stephensona książka – w podejściu do nauki, w samej objętości, odzwierciedlającej skalę wydarzeń, a także choćby w tym, ile mamy w niej postaci pierwszo- i drugoplanowych.

Wpływ Galland jest tu jednak bardzo wyraźnie widoczny i trzeba podkreślić, że dzięki niej sucha zazwyczaj proza Stephensona bardzo zyskuje. „Wzlot i upadek D.O.D.O.” doskonale sprawdza się jako wciągająca powieść przygodowa, z niemałą dawką humoru i sympatycznymi bohaterami oraz bardzo ciekawie rozrysowanymi relacjami damsko-męskimi (zasługa współpracy autora i autorki?). Zakładam, że to Galland zadbała o odpowiednie tempo, dobre wprowadzanie postaci (Stephenson lubi „na wejściu” raczyć nas całymi życiorysami, czego tutaj nie ma), o to, że tu w ogóle jest opowieść o ludziach, a nie tylko o technologii i ich odkryciach.

Tak, można nawet powiedzieć, że to świetne rozrywkowe czytadło. Tyle że ma blisko osiemset stron (i przez to w kilku momentach nieco zwalnia i grzęźnie). A bohaterami są naukowcy i biurokraci. I udziela tu się wykładów o podróżach w czasie i wielu wszechświatach. Co najciekawsze, te grubo ponad siedemset stron w oryginalnym wydaniu to tak naprawdę ledwie początek opowieści, bo zakończenie „Wzlot i upadek D.O.D.O.” następuje w dosyć niespodziewanym momencie, gdy bohaterowie dopiero szykują się do walki z nowoodkrytym przeciwnikiem. Owszem, zgodnie z tytułem książka opisuje powstanie i de facto upadek tytułowej organizacji, więc ten wątek, jak i wiele innych, znajduje tu zakończenie. Jednocześnie jednak po mniej więcej dwóch trzecich „D.O.D.O.”, Galland i Stephenson skupili się już na wspomnianym nowym antagoniście i jego działaniach, a na ostatnich stronach powieści główna bohaterka wprost mówi nam, że walka dopiero się zaczyna – tymczasem o kontynuacji ze strony autorów ani słowa, na samej książce nie ma też nigdzie informacji, że to tom pierwszy, wygląda więc na to, że to efekt zamierzony.

Tłum. Wojciech M. Próchniewicz

Next Post

Previous Post

© 2020 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén