Kulturalny Człowiek

Ciche arcydzieło SF

Nie może być listy najlepszych filmów SF XXI wieku bez „W stronę Słońca” Dany’ego Boyle’a, ze scenariuszem Alexa Garlanda. To arcydzieło gatunku.

Boyle’a kojarzycie. Nazwisko wyrobił mu „Trainspotting”, później przypomniał o sobie „Niebiańską plażą” z młodziutkim Leonardem DiCaprio, a w końcu podbił serca miłośników horrorów i zombie, kręcąc „28 dni później”, czyli arcydzieło gatunku. Jego pozycję w świecie filmu ugruntował „Slumdog. Milioner z ulicy”, który nagrodzono Oscarem w najważniejszej kategorii, później były jeszcze „127 godzin” z Jamesem Franco (sześć nominacji do Oscara), a teraz możemy oglądać „Steve’a Jobsa”, ze scenariuszem Aarona Sorkina i główną rolą Michaela Fassbendera – i tu zanosi się na worek nominacji do nagród Akademii.

Przed „Slumdogiem…” Danny Boyle nakręcił jednak jeszcze „W stronę słońca”. Film pechowy, bo skrót jego fabuły prezentuje się następująco: Słońce gaśnie, więc ludzie wysyłają najlepszych z najlepszych z misją jego „odpalenia”, co ma być osiągnięte poprzez potężny wybuch w sercu gwiazdy.

Głupie, prawda? Do bólu amerykańskie, a do tego kojarzy się z koszmarkiem, jakim było młodsze o kilka lat „Jądro Ziemi”, czyli film, o którym Aaron Eckhart, Hilary Swank i cała jego ekipa chcieliby jak najszybciej zapomnieć. (Ale się nie da. Nigdy. Tak – było tak złe).

Sęk w tym, że „W stronę słońca” głupi nie jest. To całe wysadzanie to nie wyłącznie wymysł scenarzysty Alexa Garlanda (ten, który niedawno nakręcił „Ex Machinę”), ale efekt konsultacji z naukowcami, którzy powiedzieli: Jest taka cząsteczka, dokładnie zaś istnieje hipoteza co do jej istnienia. Jeżeli założymy, że jest ona prawdziwa, całe to gaśnięcie i „odpalanie” jak najbardziej ma sens. To nie wszystko – przyjrzyjcie się scenografii, rekwizytom, doborowi załogi, całej oprawie filmu, a dostrzeżecie filmowy świat kreowany z niezwykłym pietyzmem, z obsesyjnym dbaniem o szczegóły. Film SF, który jest tak realistyczny, jak tylko się da. Uważni fani to docenili.

Dlaczego reszta nie? Bo „W stronę słońca” to SF według Boyle’a, czyli nie akcja i kosmici, a budowana z pomocą muzyki i gry świateł niesamowita atmosfera – coś dla Boyle’a charakterystycznego. Uwielbia on promienienie słońca, długie ujęcia, w których słychać tylko muzykę. Pod wieloma względami ten film to Boyle podstawowy, obraz, w którym wszystkie jego reżyserskie pasje, wszystko, co tworzy jego styl, zostało uwypuklone. Słońce w tym filmie to dodatkowy bohater, który ma relację z załogą.

We „W stronę słońca” znajdziecie coś więcej niż realistyczne tło SF i piękne zdjęcia. Scenariusz napisał Alex Garland, o którym wspominałem. (Dodać należy, że to on stoi za „28 dniami później”, to też dzięki niemu doczekaliśmy się świetnego „Dredda 3D”). Nie wpisał w tę historię kosmitów, nie dodał niczego nadprzyrodzonego, trzymał się realizmu, co dało nam zaskakujące zwroty akcji i bardzo dobry finał.

Łącząc siły z Boylem, który dobrał naprawdę dobrą obsadę (no, może poza Chrisem Evansem), zaludnił też statek kosmiczny świetnymi postaciami (Kaneda!), zbudował im przeszłość, pasje, osobowość. To naprawdę wzorcowo opowiedziana historia.

Jak można było tego filmu nie docenić? Może publika po prostu odrzuciła jego założenia? Bo jeżeli zajrzycie na jakąkolwiek listę najlepszych albo właśnie niedocenionych obrazów SF XXI wieku, z pewnością znajdziecie tam ten film.

Recenzja pierwotnie ukazała się w serwisie polityka.pl.

Previous Post

© 2019 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén