Kulturalny Człowiek

Billy Boyd – wywiad

Aktor znany przede wszystkim z roli Pippina we „Władcy Pierścieni” opowiada o dziedzictwie trylogii Petera Jacksona i o tym, jak budować dalszą karierę, gdy zaczynało się jako hobbit.

Marcin Zwierzchowski: Jak wybierasz role?
Billy Boyd: Kiedy jest się aktorem, ma się szczęście, jeśli można dostać jakiekolwiek role. Jeśli można je wybierać, jest nawet lepiej. Staram się czytać, co do mnie przychodzi, żeby znaleźć coś, co mnie zaciekawi. Przez lata wszystko się zmienia i człowiek interesuje się różnymi rzeczami. Wszystko i tak sprowadza się do tego, jak wielką publiczność przyciągasz.

A czy po „Władcy Pierścieni” nie próbowano obsadzać cię tylko w jednym typie ról?
Cały czas to chyba robią. Sądzę, że prawie każdy aktor zostaje choć odrobinę zaszufladkowany.

Zwłaszcza po tak dużym filmie, prawda?
Tak. Do tego byliśmy tak wyraźnie inni. Ponieważ w filmie byliśmy mali, na castingach cały czas myślą, że mam niecałe półtora metra. To niesamowite.

John Rhys Davies ma chyba gorzej, bo grał krasnoluda.
A ma ponad 190 cm. wzrostu.

„Władca pierścieni”

Przyjrzałem się temu, co po „Władcy Pierścieni” robił Elijah Wood. Na jego kolejne role składali się między innymi kibol i psychopatyczny morderca w „Sin City”. Jakby chciał przez nie powiedzieć: „Nie jestem hobbitem”. Czy myślałeś coś podobnego, gdy próbowano cię zaszufladkować? Może chciałeś pokazać, co umiesz i zagrać coś kompletnie odmiennego?
To coś innego. Elijah kocha horrory i ma własną firmę produkcyjną, która je kręci. Natomiast ja nigdy nie byłem fanem tego gatunku, znacznie bardziej lubię pozytywne historie. Z drugiej jednak strony, zagrałem kilka postaci, które były twarde, albo mordowały ludzi, bo wydaje mi się, że niektórym reżyserom i scenarzystom podoba się pomysł hobbita w morderczym szale.

Nie mam z tym problemu, ale wybierając rolę, nigdy nie myślę o pojedynczej postaci. Dla mnie znacznie ważniejsza jest cała historia. Wywodzę się z teatru i znam się na pisaniu na scenę, a tam chodzi bardziej o opowieść, a nie znalezienie dobrego kursu mojej dalszej kariery. Bardziej interesuje mnie znalezienie dobrze napisanej historii i bycie jej częścią.

Mówiłeś, że zaczynałeś od teatru. Po „Władcy Pierścieni” tam wróciłeś.
Nadal uwielbiam wracać na deski teatru i wiem, że zawsze będę to robił. Co ciekawe, kiedy ostatnim razem byłem w Warszawie – jakieś 15 lat temu – studiowałem w akademii teatralnej i uczyłem się o rosyjskich dramatopisarzach takich jak Czechow.

W dużych filmach dziwne jest to, że traci się część samodzielności. Wszystko za ciebie robią wszędzie cię prowadzą. Wsiadasz do samolotu i nawet nie wiesz, gdzie lecisz. A potem wracasz do teatru, gdzie proszą, żebyś był na miejscu o dziesiątej i przyniósł własny kostium. Bardzo mnie to bawi.

Istnieje taki romantyczny obraz aktorów i ich pracy, kiedy w rzeczywistości głównie siedzicie i czekacie pomiędzy ujęciami.
To ciężka praca z powodu czasu, jaki jej poświęcamy. I tak, wymaga dużo czekania. Musisz zabić dużo czasu, znaleźć sobie jakąś rozrywkę. Ja lubię w tym czasie spać, ale Dom Monaghan nigdy mi na to nie pozwalał. Zawsze chciał coś robić, na przykład grać w gry komputerowe. Praca aktora nie jest tak spektakularna, jakby się mogło wydawać.

„Outlander”

Kiedy szykowałem się do tej rozmowy, przeczytałem, że postanowiłeś zostać aktorem po zobaczeniu „Gwiezdnych wojen”. To prawda?
Po części, tak. Kiedy wyszło Imperium kontratakuje byłem z rodziną na wakacjach. Oglądałem ten film codziennie. Pomyślałem wtedy, że to właśnie chcę robić. Poszedłem więc do szkoły teatralnej, żeby zostać aktorem filmowym. Nie interesował mnie teatr i dopiero w szkole bardzo mnie zaciekawił. W pewien sposób masz więc rację. Chciałem zagrać w „Gwiezdnych wojnach”.

Po części dostałeś swoją role w „Gwiezdnych wojnach”, przecież „Władca Pierścieni”, „Gwiezdne wojny”, a teraz „Gra o tron” to produkcje, które przytrafiają się raz na pokolenie, o ile nie raz w historii, i zmieniają wszystko. Czy widzisz jakieś złe strony tego, że zagrałeś tę role tak wcześnie w swojej karierze?
To zawsze ciężkie, bo podejmuje się decyzję i od tego momentu idzie się tą jedną ścieżką. Może istnieje równoległy wszechświat, gdzie nie podjąłem tej decyzji i nie wiem, jak potoczyły się sprawy. Było mi dobrze w teatrze i w małych, niezależnych filmach. A potem przyszedł Władca pierścieni i poszedłem tą drogą. Zawsze będę za to wdzięczny, bo wspaniale jest zagrać w czymś, co pozostaje w pamięci, ale zupełnie czymś innym jest zagrać w czymś, co na zawsze zmieniło historię. Władca pierścieni jest wyjątkowy. Cokolwiek więc się zdarzy, będę szczęśliwy, że byłem jego częścią.

W przyszłym roku minie dwadzieścia lat.
Nie mogę w to uwierzyć. Nie sądzę, a nawet wiem, że nigdy nie było momentu, w którym czułem się tym znużony. Przez pewien czas, było to dla mnie dziwne. Gdy film był wielkim sukcesem, trudno mi było nawet chodzić po ulicy, czy wyjechać na wakacje. Było to dziwne, ale nie było mi z tym źle. Przez krótką chwilę w życiu mogłem poczuć się jak członek Beatlesów. Trwało to przez ładnych parę lat. Teraz miło jest zejść do metra i być w stanie podróżować.

Nie masz wrażenia, że rzuca ci się wyzwanie, by zagrać w czymś równie olbrzymim?
Nigdy nie czułem potrzeby zagrania w czymś większym. Póki gram dobrze i mogę czuć się z tego dumnym, nie przeszkadza mi to. Jeśli włożyłem w film dużo dobrej roboty, nie obchodzi mnie, że zobaczy go zaledwie osiem osób.

Wywiad przeprowadzono podczas wizyty aktora na Warsaw Comic Con.

Z języka angielskiego tłumaczył Piotr Kosiński.

Fot. główne: Kadr z teledysku „The Last Goodby”.

Next Post

Previous Post

© 2019 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén