Kulturalny Człowiek

„Trzy billboardy…” – ten film zdobędzie Oscara

Film Martina McDonagha to pozornie paradoksalne połączenie humoru z bardzo mroczną i pesymistyczną opowieścią o złych ludziach, tych najgorszych, bo zwyczajnych i złych z przypadku, nie z własnej chęci. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” to niezwykłe studium gniewu.

Nagrodzony czterema Złotymi Globami obraz McDonagha zapewne wkrótce zatryumfuje podczas wręczania Oscarów, zgarniając statuetki w kategoriach aktorskich (Frances McDormand i Sam Rockwell), za najlepszy scenariusz oryginalny i jako najlepszy film. W sumie nominacji ma siedem, ale przynajmniej częścią powinien podzielić się z wybitnym „Kształtem wody” Guillermo del Toro; w najważniejszej kategorii „Billboardy” są jednak mocnym faworytem. Choć to paradoks. Del Toro nakręcił bowiem lepszy film, ożywił w nim na powrót wspaniałą magię kina, popisując się udanym połączeniem różnorodnych elementów, stylów, niczym sztukmistrz zachwycając nas całym wachlarzem swoich reżyserskich zagrywek. Martin McDonagh daje nam jednak lepszą historię, opowiedzianą w formie filmu prostego i, poza wybitnym aktorstwem i scenariuszem, nieszczególnego. Szykuje się starcie doskonałości warsztatu filmowca z wybitnością pióra genialnego scenarzysty.

A scenariusz „Billboardów” to literackie arcydzieło. Główną bohaterką jest tu matka zgwałconej i zamordowanej dziewczyny, która w blisko rok po śmierci swojej córki nie doczekała się sprawiedliwości dla tych, którzy ją skrzywdzili. W akcie desperacji postanawia więc zmobilizować lokalną policję tytułowymi billboardami, z hasłami wyrzucającymi szeryfowi, że brak aresztowań w tej sprawie to jego wina. Akcja rodzi jednak reakcję, małe Ebbing się dzieli, a choć pozornie prawie wszyscy stają murem za szanowanym i lubianym stróżem prawa, również oschła, złośliwa i pełna gniewu Mildred nie jest sama.

„Trzy billboardy…” to opowieść o tym gniewie właśnie, który jest jak płomień, niemożliwy do nasycenia, ogarniający jednak wszystko, czego się dotknie. Ten ogień przy tym nie oczyszcza, a tylko spopiela, potęgując krzywdę. Krzywdę, której doświadczają kolejne i kolejne postacie, aż podczas seansu łza kręci się w oku, gdy widzimy, jak następna osoba cierpi z powodu nakręconej billboardami nienawiści.

A jednocześnie scenariusz McDonagha naszpikowany jest humorem – nie bez powodu w obsadzie są Frances McDermond i Sam Rockwell, a więc aktorzy świetni zarówno w rolach dramatycznych, jak i komediowych, czemu w „Billboardach” dają świadectwo. Śmiejemy się więc pośród tych krzywd, rechoczemy w przerwie między śmiercią a okaleczeniem, chichoczemy z Mildred, a łzy wesołe mieszają się z tymi smutnymi, gdy lepiej przyglądamy się tej złamanej tragedią kobiecie.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” to po prostu wybitna powieść, której zdarzyło się jednak być filmem. I jako film jest jednym z najlepszych w ostatnich latach, hipnotycznym portretem społeczności zarażonej nienawiścią; tyglem, w którym mieszają się humor i zgroza, sceny absurdalne z pełnymi napięcia, wzruszającymi. Aktorstwo McDormand, Rockwella, Woody’ego Harrelsona i reszty obsady generalnie dorównuje zaś poziomem pióru Martina McDonagha.

Next Post

Previous Post

© 2018 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén