Kulturalny Człowiek

Batman v Superman v Warner Bros.

Podczas gdy Kinowe Uniwersum Marvela z sukcesami weszło w tzw. Trzecią Fazę, konkurencyjne filmowe DC Comics chwieje się w posadach i raz po raz rozczarowuje fanów. Wszystko przez pielęgnowane latami obsesje oraz rządzący studiem Warner Bros. strach.

Jeszcze jakiś czas temu sytuacja prezentowała się na odwrót: gdy Stan Lee dwoił się i troił, bezowocnie starając się przekonać kogoś do nakręcenia filmu na podstawie komiksu Marvela, DC Comics w 1978 roku triumfowało dzięki sukcesowi „Supermana”, powtórzonemu dwa lata później przez sequel. I choć „Superman III” był krytykowany przez fanów, a „Superman IV” poniósł spektakularną finansową porażkę, „Batman” Tima Burtona z 1989 roku na powrót podniósł wszystkich na duchu. Również jego kontynuacja, wypuszczony do kin trzy lata później „Powrót Batmana” spodobał się fanom.

Rozczarował jednak producentów, którzy liczyli na co najmniej powtórkę z kasowego sukcesu pierwszej części – dlatego rozstali się z Burtonem, a na jego miejsce zatrudnili Joela Schumachera. W efekcie historia się powtórzyła: podobnie jak Superman dostał dwa dobre filmy, następnie zaś dwa fatalne, również Mroczny Rycerz wypadł z łask widzów po okropnych „Batmanie Forever” i „Batmanie i Robinie”, które na wiele lat pogrzebały filmowe sny o obrońcy Gotham.

Bohater powrócił dopiero w „Batmanie – Początku” (2005) Christophera Nolana, następnie w świetnie przyjętym „Mrocznym Rycerzu” (2008) oraz w „Mroczny Rycerz powstaje” (2012). Superman miał przerwę od 1987 roku aż do roku 2006, kiedy do kin wszedł „Superman: Powrót”. Ponieważ jednak obraz Bryana Singera trafił na listę rozczarowań, planowana kontynuacja nie powstała, a najstarszy z superbohaterów znowu musiał rozstać się z wielkim ekranem, tym razem do roku 2013 i premiery „Człowieka ze stali” Zacka Snydera.

Bohaterowie w ubiegłym roku spotkali się w „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”, w tym powrócą w „Lidze Sprawiedliwości”. Przy okazji zaś komiksowo-filmowe uniwersum DC wzbogaciło się już o „Legion samobójców”, i „Wonder Woman”, przedstawioną nam w „Świcie…”. Plany na kolejne filmy sięgają zaś roku 2020.

 

Kompromisy i obsesje

Czy to znaczy, że kinowe DC Extended Universe nabiera wiatru w żagle i rzuca wyzwanie królującemu w box office Marvelowi? Takie są ambicje Warnera. Z realizacją gorzej, bo po chłodnym krytycznym przyjęciu „Batman v Superman” i „Legionu samobójców” oraz rozczarowaniu kasowym w przypadku tego pierwszego, w Hollywood krążą już plotki o możliwym nowym rozdaniu, jeżeli „Liga Sprawiedliwości” również zawiedzie. I niewiele pomógł tu sukces „Wonder Woman”. Atmosferze wokół DC i Warnera nie pomagają też kolejne przetasowania na stołkach reżyserów i brak spójnego planu dla całego uniwersum, zmienianego niemal przy każdej premierze.

Niektórzy winą obarczają Zacka Snydera, który wyreżyserował „Człowieka ze stali”, następnie „Świt sprawiedliwości”, oraz sporą część „Ligi Sprawiedliwości” (z powodu osobistej tragedii musiał przerwać pracę, na stołku reżysera zastąpił go Joss Whedon) – to w jego „Batman v Superman” uniwersum miało nabrać rozpędu, on więc odpowiedzialny jest za to, że dostało zadyszki. Podobnie David Ayer zbiera cięgi za „Legion…”, który wprawdzie sporo zarobił, okazał się jednak filmem chaotycznym, wtórnym i niemalże prostackim fabularnie.

Tak sytuacja prezentuje się na pierwszy rzut oka. Gdy zajrzeć pod powierzchnię, okazuje się jednak, że filmy na podstawie komiksów DC, które w ostatnich latach trafiły do kin, niekoniecznie są wizjami reżyserów, a raczej efektami bolesnych i niechętnych kompromisów twórców ze studiem i producentami, a nierzadko wręcz realizacją narzuconych z góry wytycznych, mających swoje źródła w ciągnących się latami obsesjach szefostwa Warnera.

Bo Superman tylko pozornie przez dziewiętnaście lat odpoczywał od Hollywood. Podobnie Batman nie próżnował w latach rozdzielających filmy Schumachera i Nolana. W tym czasie Warner nie ustawał w wysiłkach przywrócenia obu bohaterów kinu, zamawiając niezliczone scenariusze i angażując zastępy reżyserów, którzy kolejno odchodzili, zniechęceni przez fanaberie producentów, bądź byli zwalniani przez studio, które nieustannie zmieniało zdanie co do tego, co właściwie chce nakręcić. Warner Bros. przypominał w tym czasie dziwaczny think tank, który gdy w końcu dawał efekty w postaci kolejnych filmów, faszerował ich scenariusze przemielonymi przez dekady pomysłami.

Bohaterowie z recyklingu

Znamienne, że gdy po blisko dwudziestu latach przerwy Warner wreszcie dał fanom „Supermana: Powrót”, okazało się, że film Bryana Singera tylko wedle deklaracji twórców stanowił sequel „Supermana” i „Supermana II”, tak naprawdę zaś był remake’iem tego pierwszego. Nie klasycznym, bo akcję przeniesiono kilka lat do przodu, niemniej większość najważniejszych zwrotów fabularnych zaczerpnięto z przeboju z lat 70., czego przykładem choćby Lex Luthor i jego plan przekrętu na nieruchomościach. Nawet Brandon Routh obsadzony został w tytułowej roli przede wszystkim ze względu na podobieństwo do Christophera Reeve’a.

Inne przykłady recyklingu pomysłów to obsadzenie w roli Luthora Kevina Spaceya, który miał zagrać tę postać już w niezrealizowanym „Superman Lives” Tima Burtona, oraz sceny uratowania przez głównego bohatera samolotu z Lois Lane na pokładzie, a także wsłuchiwania się przez unoszącego się wysoko Supermana w głosy ludzi na Ziemi, które – po lekkiej modyfikacji – zaczerpnięto ze scenariusza „Superman: Flyby” J.J. Abramsa.

Również świetnie oceniany „Batman – Początek” Nolana nie ustrzegł się zapożyczeń od poprzednich scenarzystów. Może silne inspiracje komiksem „Batman: Rok pierwszy” Franka Millera to niekoniecznie coś wziętego z konceptów Joela Schumachera lub Darrena Aronofsky’ego, chociaż obaj chcieli ekranizować ten tytuł pod koniec lat 90. Jednak Strach na Wróble jako przeciwnik Batmana w piątym filmie to idea ze scenariusza projektu „Batman Unchained” Marka Protosevicha (pojawiali się tu również Harley Quinn i Joker, ten ostatni pod kontrolą Stracha). A treatment pióra Granta Morrisona z 2002 roku opisywał tułaczkę Bruce’a Wayne’a po świecie (w trakcie której bohater szkolił się do walki z przestępczością Gotham) i wskazywał Ra’s al-Ghula jako głównego wroga Mrocznego Rycerza. Brzmi znajomo?

Sam Christian Bale do roli Batmana przymierzany był zarówno w roku 2000, gdy Warner na krótko zapalił się do planu nakręcenia filmu na podstawie serialu animowanego „Batman Beyond”, jak i w roku 2003, kiedy Wolfgang Petersen pracował nad fabułą „Batman vs. Superman”.

Człowiek ze stali walcowanej

Najbardziej obrazowym dowodem na to, że w Warnerze, jak w przyrodzie, nic nie ginie, jest jednak „Człowiek ze stali”. Największą „inspiracją” był tu „Superman Lives” Burtona, z którego zaczerpnięto choćby latającego robo-asystenta K (projekty wyglądu identyczne ze szkicami sprzed lat), pomysł na to, by Jor-El przetrwał w formie „esencji” jego osoby, zachowanej przez kryptońską technologię, sposób realistycznego lotu Supermana – siłowy, niemal na zasadzie skoków – stroje Kryptończyków, z wypukłymi emblematami rodów, wyglądające jak projekty kostiumów dla Nicolasa Cage’a, a także sekwencję walki z maszyną do „przerobienia” Ziemi na modłę Kryptonu, która była wizualizacją pomysłu producenta Jona Petersa na walkę Człowieka ze stali z wielkim pająkiem lub kałamarnicą, gdzie bohater zmagałby się z wieloma mackami, stopniowo przebijając do położonego między nimi „dziobu”. Sam projekt tej maszyny, gigantycznego trójnoga, to zaś pomysł J.J. Abramsa, podobnie jak nagła śmierć Jonathana Kenta (tu – zawał) i będące jej następstwem wycofanie się Clarka Kenta z pomysłu na zostanie herosem.

Czego zaś Snyder nie wziął do „Człowieka ze stali” z „Superman Lives”, wepchnięto mu do „Świtu sprawiedliwości”. Przede wszystkim motyw śmierci Supermana z rąk Doomsdaya, znany z komiksu „The Death of Superman”, który Warner starał się przenieść na ekran od połowy lat 90. W scenariuszu Kevina Smitha do tego filmu mamy też Lexa Luthora, który kontaktuje się z istotą z kosmosu, która ma przybyć na Ziemię by pokonać Supermana – tam był to Brainiac, u Snydera zaś Darkseid. Luthor był typowany jako ten, kto stał za zwróceniem Batmana i Supermana przeciwko sobie już od 1998 roku, kiedy po raz pierwszy zrodziła się idea takiego filmu jako piątego obrazu z Batmanem, a scenariusz do niego pisał Andrew Kevin Walker. U niego mogliśmy poznać zgorzkniałą wersję Mrocznego Rycerza, przybitego po śmierci Robina.

Ponieważ w „Świcie sprawiedliwości” wątków było mnóstwo, znalazło się miejsce na jeszcze jeden zaczerpnięty z „Superman: Flyby” Abramsa – tam tytułowy bohater borykał się z wrogością wielu ludzi, którzy obwiniali go za potężne zniszczenia powstałe w trakcie jego potyczki z innym Kryptończykiem. Znowu: brzmi znajomo?

Jeżeli weźmiemy więc pod uwagę powyższe dowody na to, że Snyder nie mógł liczyć na twórczą swobodę w trakcie kręcenia „Człowieka ze stali”, przede wszystkim zaś przy „BvS”, jeżeli dodamy do tego fakt, że w wyniku decyzji o rozpędzeniu filmowego uniwersum DC Warner postawił przed nim wiele dodatkowych zadań, ocena jego pracy musi być łagodniejsza. Wystarczy zastanowić się, czym tak naprawdę musiał być „Świt sprawiedliwości”: kontynuacją „Człowieka ze stali”, wprowadzeniem nowego Batmana, przedstawieniem Wonder Woman i zapowiedzią jej solowego filmu, przedstawieniem przyszłych członków Ligi Sprawiedliwości, zapowiedzią przybycia Darkseida, potyczką z Lexem Luthorem, potyczką Batmana i Supermana, a wreszcie realizacją przepracowywanego przez Warnera od około dwóch dekad pomysłu by uśmiercić Człowieka ze stali. Co miał z tym wszystkim zrobić Zack Snyder? Można co najwyżej zakładać, że jego pomysłem było inspirowanie się komiksem „Powrót Mrocznego Rycerza” Franka Millera, bo na to akurat nie wpadł żaden z poprzednich scenarzystów.

Nawet na swego czasu kontrowersyjny, a dziś wychwalany pomysł, by w roli Batmana obsadzić Bena Afflecka, jako pierwszy wpadł przed siedemnastoma laty Darren Aronofsky, który przymierzał go do swojej ekranizacji „Roku pierwszego”.

Wytwórnia się boi

Snyder jest więc raczej ofiarą, a winę należy złożyć na barkach wytwórni. Żeby zrozumieć decyzje studia, należy przywołać słowa Wesleya Stricka, jednego ze scenarzystów „Superman Lives”, który powiedział, że Superman to tak cenna marka, że niemożliwym jest spełnienie wszystkich oczekiwań producentów co do filmu o nim, ponieważ zbytnio boją się oni porażki. Tim Burton postawę szefów studia podsumował słowami: Wszelkie decyzje w korporacjach podejmuje się pod wpływem strachu. Oni [Warner] się bali. Słowo „strach” powtarzał też nieustanie były prezes Warnera, Lorenzo di Bonaventura, przepytywany na potrzeby dokumentu „The Death of Superman Lives: What Happened?” Jona Schneppa.

Jeśli tak na to spojrzeć, pasują do tego zarówno decyzja o daniu zielonego światła Singerowi i jego „Supermanowi: Powrotowi” (w końcu to miała być powtórka z hitu sprzed lat, a więc bezpieczny grunt), jak i „Człowiekowi ze stali” Snydera, za którym stał Christopher Nolan, świeżo po oszałamiającym sukcesie „Mrocznego Rycerza”, który dawał mu pełną swobodę w wyborze kolejnych projektów.

Do dziś największą bolączką kinowego uniwersum DC pozostaje fakt, że nikt w Warnerze nie ma jego spójnej, stałej wizji. Wręcz przeciwnie, szefowie studia zdają się lecieć tam, gdzie porwie ich wiatr – „BvS” zawierał elementy kontynuacji „Człowieka ze stali”, bo pomysł na spotkanie dwóch herosów w jednym filmie zrodził się jako reakcja na średnie wyniki finansowe obrazu Snydera. A po ciepłym przyjęciu Afflecka w roli Mrocznego Rycerza od razu ogłoszono prace nad „The Batman” (to już się sypie), podobnie jak zachwyt nad Harley Quinn w słabym „Legionie samobójców” przekonał Warnera do nakręcenia „Gotham City Sirens”.

Już przed laty Warner robił coś podobnego: w 1998 roku Jon Peters ogłosił, że kolejnym filmem z Batmanem będzie „Batman vs. Superman”, powstał scenariusz Walkera, jako reżysera zaangażowano Wolfganga Petersena, premierę ustalono na rok 2004. Wtedy jednak olbrzymi sukces odniósł pogodny i pełen humoru „Spider-Man” Sama Raimiego, więc studio zdecydowało odsunąć na bok mroczny projekt Petersena, zamiast tego pochylając się nad lżejszym w tonie „Superman: Flyby” wedle scenariusza J.J. Abramsa (również dlatego, że rokował lepiej jeżeli chodzi o sprzedaż zabawek). Tego ostatecznie nie nakręcono, bo uznano go za zbyt drogi, podobnie jak wcześniej po wydaniu około trzydziestu milionów dolarów na preprodukcję porzucono „Superman Lives”. Było to skutkiem porażek finansowych filmów „Kula” i „Wysłannik przyszłości”, po których Warner postanowił kręcić za maksymalnie sto milionów od tytułu – tę kwotę film Burtona przekroczyłby niemal dwukrotnie.

W Warner Bros. króluje więc strach. Charakterystyczną reakcją studia na lęk jest zaś przepakowywanie filmów kolejnymi postaciami, mającymi zagwarantować większy entuzjazm widzów. W ten sposób, po średnim – w ocenie producentów – wyniku „Powrotu Batmana” w „Batman Forever” głównemu bohaterowi dokooptowano Robina i postawiono naprzeciw Riddlera oraz Two-Face’a, a gdy i to nie do końca zadziałało, w „Batman i Robin” dorzucono jeszcze Bat-Girl, a łotrami byli Mr. Freeze, Poison Ivy i Bane. Podobnie zapewne brak wiary w mało popularne postacie w „Legionie samobójców” sprawił, że gościnne występy zaliczyli Batman i Joker, a wcześniej w „Batman v Superman” upchano tyle, że scenariusz zamienił się w chaotyczną papkę.

Z tych wszystkich powodów, gdy Marvel obecnie pokazuje nam siedemnasty film w ramach swojego uniwersum, DC Extended Universe wciąż buksuje w miejscu, wstrzymywane przez niekompetencję studia, zbyt lękliwego, by wykazać się choćby elementarną konsekwencją w swojej wizji. Wciąż w mocy są słowa Kevina Smitha, który o swojej pracy nad „Superman Lives” powiedział, że nie zatrudniono go dla jego wiedzy o komiksach czy oryginalnej wizji, ale wyłącznie dlatego, że studio potrzebowało kogoś, kto wszystkie ich wytyczne zbierze w formie scenariusza.

Artykuł, w skróconej i lekko zmodyfikowanej wersji, pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Nowa Fantastyka”.

Next Post

Previous Post

  • Michał Chmielowiec

    Jeśli to wszystko jest tak, jak piszesz (a wygląda na to, że jest) to mamy jasną sprawę. I jest to trochę straszne… 🙁

    • Marcin Zwierzchowski

      Wszystko udokumentowane albo wywiadami z twórcami, albo z książek o produkcji tych filmów, więc…

© 2018 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén