Kulturalny Człowiek

Andy Serkis i aktorstwo 2.0.

Gollum, King Kong, Ceasar – to tylko niektóre z ról Andy’ego Serkisa, który wcielał się w jednych z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów filmowych ostatnich lat, samu pozostając jednak w cieniu. Aktor ten jest bowiem specem od motion capture, które zmienia świat filmu.

W historii kina nie brakuje aktorów, którzy tchnęli życie w superpopularne postaci, a sami pozostali niemalże anonimowi. Koronnym przykładem bohatera, który przerósł swoich odtwórców, jest Darth Vader z „Gwiezdnych wojen” – kultowego złoczyńcę znają wszyscy, mało kto natomiast pamięta kryjącego się za charakterystyczną maską Davida Prowse’a albo użyczającego mu głosu Jamesa Earla Jonesa. Ten ostatni nie został nawet wymieniony w czołówce filmu!

Podobnie w przypadku najbardziej dochodowego obrazu w historii, „Avatara”. Twarzą produkcji, spoglądającą na widzów z każdego plakatu, billboardu czy pudełka z DVD, jest oblicze niebieskoskórej kosmitki Neytiri, co nijak nie przekłada się na rozpoznawalność wcielającej się w nią Zoe Saldany, dziś chyba bardziej kojarzonej z kreacją Uhury z serii „Star Trek”.

Gdyby jednak podobne przypadki zebrać w formie rankingu, pierwsze miejsce bezapelacyjnie przypadłoby Andy’emu Serkisowi. Choć był Gollumem we „Władcy Pierścieni” i „Hobbicie”, Caesarem w „Genezie planety małp”, a potem grał jedną z dwóch głównych ról w „Przygodach Tintina” Spielberga i został King Kongiem w nowej wersji starego hitu, ciągle mało kto wie, jak wygląda i jak ma na nazwisko. To najbardziej nieznany aktor świata, człowiek, który był twarzą kilku najbardziej kasowych filmów ostatnich lat, choć ani razu nie była to do końca jego twarz. Wszystko przez to, że gdy wcielał się w jedną z tych postaci, robił to za pomocą techniki motion capture, która pozwala przenieść mimikę, gestykulację i ruchy całego ciała na wygenerowanego komputerowo awatara.

W wielkim uproszczeniu polega to na tym, że specjalna kamera rejestruje ruchy aktora, śledząc zmiany położenia pokrywających jego ciało znaczników, czy to w formie fluorescencyjnych kropek czy punkcików namalowanych na twarzy. Później wystarczy przyporządkować znaczniki z ciała aktora znacznikom na ciele komputerowej postaci, a ta idealnie odwzoruje ruchy pierwowzoru.

Momentem przełomowym zarówno w karierze Serkisa, jak i wykorzystaniu techniki motion capture przez przemysł filmowy był rok 1998, kiedy aktor dostał propozycję podłożenia głosu pod postać Golluma w powstającej właśnie ekranizacji „Władcy pierścieni”. Trzy tygodnie w studiu nagraniowym i powrót do domu – taki był plan. Już na miejscu, w Nowej Zelandii, Serkis stwierdził jednak, że nie może po prostu stać i mówić dziwnym głosem i aby efekt był odpowiedni, towarzyszyć mu musiała gra całego ciała. Gdy Peter Jackson zobaczył, jak Brytyjczyk porusza się na planie, skacze, kuca i gestykuluje, kazał natychmiast przerwać zdjęcia. Zdecydował, że chce poeksperymentować z nową technologią, a Serkis użyczy postaci nie tylko głosu.

Kilkanaście lat temu motion capture dopiero jednak raczkowało. Każdą scenę z udziałem Golluma trzeba więc było nagrywać dwukrotnie – raz na planie, z innymi aktorami i dekoracją, drugi raz w małym studiu, gdzie Serkis powtarzał całość, aby kamery dobrze uchwyciły jego mimikę. Dlatego choć zdjęcia do „Powrotu króla” zakończyły się w 2000 r., z powodu skomplikowania procesu przenoszenia Golluma na ekran aktor spędził kolejne kilkanaście miesięcy, pracując przy postprodukcji.

„Ewolucja planety małp”

Dopiero pod koniec zdjęć ekipa Jacksona postanowiła pójść o krok dalej i spróbować nagrać wszystko za jednym zamachem, tak aby nie musieć ciągać Serkisa na kolejne dokrętki. Udało się – i obecnie, dzięki kolejnym ulepszeniom, aktorzy wykorzystujący motion capture pracują na planie tak samo jak wszyscy inni. Jedyna różnica to fikuśny strój, cały pokryty znacznikami, i dodatkowa, zamontowana na głowie aktora kamera, ustawiona w odległości kilkudziesięciu centymetrów od twarzy, tak aby uchwycić każdy, najmniejszy nawet grymas czy zmiany w spojrzeniu, a nawet stopień zaczerwienienia oczu, i następnie przenieść to wszystko na cyfrową postać.

Moment wprowadzenia tych kamer, po raz pierwszy użytych na planie „Avatara” Jamesa Camerona, uważa się za narodziny performance capture, odmiany motion capture charakterystycznej dla przemysłu filmowego. Od klasycznego, od lat wykorzystywanego przez twórców gier, mo-capu nowa technika różnić ma się tym, że przenosi na komputerową postać nie tylko ruchy (motion), ale przede wszystkim emocje i grę aktora (performance).

Komu dać Oscara?

O Gollumie było głośno nie tylko dzięki wykorzystaniu nowatorskiej techniki i fenomenalnej kreacji Andy’ego Serkisa, ale także z powodu kontrowersji związanych z całkowitym pominięciem go przy okazji wręczenia najważniejszych nagród świata filmowego. Że się należy, wiedzieli wszyscy. Akademia nie wiedziała jednak, jak traktować postać stworzoną dzięki motion capture – Oscara powinien dostać Serkis, który udzielił Gollumowi głosu i ruchów, czy może studio WETA, które przeniosło je do komputera i ukształtowało do finalnej postaci?

Ostatecznie w kategoriach aktorskich nie dostał go nikt (choć studio WETA wyróżniono za efekty specjalne w „Powrocie króla”), a jednym z argumentów za tym, że nagroda za rolę drugoplanową się nie należała, był fakt, że w części ujęć Gollum był w pełni wygenerowany komputerowo, bez korzystania z nagrań ruchów Serkisa. W tym miejscu należy zaznaczyć jednak, że podobne zabiegi dotyczą również zwykłych aktorów, jeżeli tylko film powstaje z użyciem CGI (komputerowych efektów specjalnych) – nie wspominając o tym, że korzystanie z pomocy dublerów jest tak stare jak samo kino.

W czym więc tkwi problem? W wywiadzie dla „The Telegraph” Serkis powiedział, że sprzeciw części środowiska, która nie postrzega jego pracy jako pełnoprawnego aktorstwa, wynika z lęku przed zastąpieniem ludzi przez komputery, co od dawna wróży się przemysłowi filmowemu. „Niektórzy aktorzy boją się natomiast samej techniki” – dodaje.

Sporym przełomem był „Avatar” w reżyserii Jamesa Camerona. Raz, że właśnie na planie tego filmu dopracowano technikę motion capture, dzięki czemu nie tylko nie trzeba powtórnie nagrywać aktorów w osobnym studiu, ale przede wszystkim nakręconą przed chwilą scenę można od razu obejrzeć na monitorze, z awatarami zamiast ludzi w kropkowanych strojach. Dwa – Cameron zrobił sporo, by wytłumaczyć, czym naprawdę jest ta nowa technologia. Konsekwentnie powtarzał, że mamy do czynienia z niczym innym jak komputerową charakteryzacją, nowym rodzajem make-upu.

Jeszcze dalej idzie Peter Jackson, dla którego mo-cap jest niezwykle bliski esencji aktorstwa, czyli grze na scenie teatru: „Grając w teatrze, aktor musi wyobrazić sobie otaczające go środowisko. Pod tym względem scena do nagrywania motion capture niczym nie różni się od teatralnej, doświadczenie aktorskie jest takie samo”.

„Hobbit”

Mimo to Andy Serkis wciąż słyszy pytania typu: „To ty jesteś tym gościem, który podkładał głos pod Golluma?”. Irytuje go to, bo sam podkreśla, że on grał Golluma, tak samo jak grał King Konga. Nie dzieli swojej pracy na „normalną” i grę z mo-capem, z jego perspektywy wchodzenie w postać i przygotowywanie się do roli w obu przypadkach jest identyczne.

Wiele światła na realia pracy z motion capture rzucają materiały z planu dołączone do wydanej niedawno na Blu-ray rozszerzonej edycji „Hobbita”. W przypadku Golluma zaprezentowane zdjęcia dowodzą, że to, co widzimy w kinie, stanowi idealne odwzorowanie gry Serkisa. Każdy gest, każde skrzywienie ust czy uniesienie brwi aktora zostaje powtórzone przez wygenerowaną komputerowo postać. Wykonano nawet odlew twarzy aktora, który następnie zeskanowano do komputera, by grana przez niego postać miała identyczną jak on powierzchnię skóry.

Mo-cap czy make-up?

Z drugiej jednak strony w tych samych materiałach kierujący zespołem grafików komputerowych David Clayton mówi, że przy motion capture przeniesienie z aktora na awatara w stosunku 1:1 jest niemożliwe. Serkis i Gollum zdają się być wyjątkami, bo zarówno w przypadku postaci Wielkiego Goblina (w tej roli Barry Humphries), jak i orka Azoga (Manu Bennett) proces obróbki graficznej ujęć przypominał kolejny etap reżyserii, podczas którego poprawiano mimikę postaci, dodawano gesty, których aktorzy nie wykonywali – ulepszano więc ich grę, modulowano też głosy, czego w przypadku Golluma nie robiono. Rację mają więc oponenci motion capture, zarzucający korzystającym z tej techniki aktorom, że finalny efekt nie pochodzi w stu procentach od nich i nie zawsze stanowi jedynie zaawansowany rodzaj charakteryzacji.

Mimo to wydaje się, że rewolucja nie tylko jest nieunikniona, ale już się zaczęła. Wyróżnienie Oscarem aktora za rolę powstałą z użyciem tej technologii to kwestia czasu. Czy będzie to Serkis? Możliwe, w końcu dorobił się miana specjalisty w dziedzinie, nie zamierza też próżnować i doświadczenie zdobyte na planie „Hobbita” (był drugim reżyserem) wykorzysta w tworzonej przez siebie nowej wersji „Folwarku zwierzęcego” na podstawie powieści George’a Orwella.

„Avatar”

Konkurencja jest jednak duża. Skok technologiczny i przede wszystkim ogromne możliwości, jakie daje mo-cap, sprawiają, że coraz więcej filmowców sięga po tę technikę. Po co męczyć się z nakładaniem makijażu czy lateksowych masek, które dodatkowo ograniczają mimikę aktora, skoro można maznąć mu na twarzy kilkadziesiąt kropek, a resztę dopracować do perfekcji na ekranie komputera?

„Przygody Tintina” w reżyserii Spielberga stanowią kolejny dowód na to, że motion capture może wkrótce zastąpić klasyczną animację – wizualnie efekt jest podobny, ale dzięki pracy z prawdziwymi aktorami, a nie tylko technikami komputerowymi, reżyser ma większą swobodę, może także na bieżąco oglądać wyniki prac na planie i modyfikować wcześniejsze założenia.

Z kolei we wchodzącej wkrótce na ekrany drugiej części „Hobbita”, „Pustkowiu Smauga”, za pomocą mo-capu stworzono nawet tytułowego smoka, w którego wcielił się Benedict Cumberbatch. Brytyjczyk nie tylko udzielił stworowi swojego głosu, ale także mimiki – na zaprezentowanych przed premierą materiałach widać, jak wykrzywia się przed kamerą, z twarzą pokrytą charakterystycznymi znacznikami, udając, że zionie ogniem, ponieważ zaś jego smok przypomina gada, widzimy także, jak odwzorowuje jego ruchy, kładąc się na stole.

„Avengers”

Wszystkie tego typu działania przyczyniają się do popularyzacji techniki i Serkis w wywiadach udzielanych przy okazji premiery „Hobbita” przyznał, że jej postrzeganie się zmienia. Sam niedawno wspierał inicjatywę wydzielenia w Oscarach osobnej kategorii dla aktorstwa motion capture, co brzmi jednak odrobinę kuriozalnie. Chyba prędzej Akademia przyjmie do wiadomości, że ma do czynienia z nowym rodzajem aktorskiego kostiumu (bo tym de facto jest mo-cap), niż zacznie się rozdrabniać i wydzielać aktorom podkategorie, zależnie od tego, jakich technik używano na planie.

Najlepszym dowodem na to, że postrzeganie motion capture zmieniło się wśród bezpośrednio zainteresowanych, jest zaś fakt, że gdy Peter Jackson zadzwonił do Benedicta Cumberbatcha, by zaproponować mu rolę Smauga, pierwotnie chciał, aby Brytyjczyk dał smokowi wyłącznie swój głos. To sam aktor musiał przekonywać, i ostatecznie przekonał, początkowo sceptycznego reżysera i twórcę postaci Golluma, że również w tym wypadku mo-cap się sprawdzi. A fakt, iż jego postać jest ziejącą ogniem, gigantyczną jaszczurką ze skrzydłami, nie robi wielkiej różnicy.

Artykuł ten pierwotnie ukazał się w grudniu 2013 roku na łamach „Polityki”.

Fot. otwierające artykuł: LucasFilm. Andy Serkis w sprzęcie do motion capture na planie „Przebudzenia mocy”.

Next Post

Previous Post

© 2018 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén