Kulturalny Człowiek

„Amerykańscy bogowie”: serial vs. książka

Po wielu latach i nieudanych próbach choćby w HBO, na mały ekran w końcu trafiła ekranizacja najgłośniejszej powieści Neila Gaimana. Co było kluczem do udanej adaptacji tego trudnego materiału?

Mimo iż serial „Amerykańscy bogowie” w Polsce legalnie można było obejrzeć już w dniu amerykańskiej premiery, fakt ten mógł umknąć serialomaniakom, ponieważ dostępny był on na wciąż mało popularnej u nas platformie Amazon Prime Video. Dlatego wydanie DVD tej produkcji można widzieć w kategoriach drugiego, ale bardziej oficjalnego wejścia serialu do Polski.

Serialu wyczekiwanego, bo o tym, że dzieło Gaimana ma zostać zekranizowane mówiło się od lat, zaangażowane było zresztą HBO. Które, po wielu próbach, zdecydowało jednak, że nie jest w stanie przygotować historii na zadowalającym ich poziomie, zrezygnowali więc, a pałeczkę przejęło Starz – showrunnerem został Bryan Fuller, twórca „Hannibala”. Efekt to produkcja jak najbardziej zadowalająca, może i niekiedy zbyt krwawa i kiczowata, jak to w Starz, ale ostatecznie wierna materiałowi źródłowemu i twórczo go rozwijająca.

Co ciekawe, patrząc na książkę, pierwszy sezon to może z pierwsze sto stron powieści, a przecież składa się na niego aż osiem godzinnych odcinków. Jak to więc możliwe? Otóż Fuller bardzo mało ciął, jeżeli chodzi o materiał oryginalny, nie pozbywając się choćby krótkich historii-relacji z przybycia kolejnych bogów do Ameryki. Dodatkowo rozwinął sporo wątków, czy to nieco rozciągając opowieść o dżinie-taksówkarzu, czy nieco (na chwilę obecną) rozbudowując sceny Bilquis, a wreszcie bardzo znacznie wzbogacając historie Szalonego Sweeneya i Laury Moon, żony głównego bohatera. Zwłaszcza Laura doczekała się w serialu kolosalnego rozwinięcia, bo de facto stała się bohaterką niemalże tak ważną i mającą tyle scen, co Cień, a jej małżeństwo zostało znacznie pełniej przedstawione, przez co mogliśmy lepiej zrozumieć ich tragedię.

Wszystko to, jak dowiadujemy się z dołączonych do wydania DVD materiałów dodatkowych, w porozumieniu z Neilem Gaimanem, który wprawdzie nie kierował pracami nad scenariuszem, wedle jego własnych relacji był jednak w ciąłbym kontakcie z Fullerem i akceptował wszystkie większe zmiany. (Wyrazem uznania dla autora powieści jest fakt, iż na potrzeby DVD zrealizowano kilkunastominutowy dokument o inspiracjach i pracy nad książką, gdzie Gaiman zabiera nas choćby na Islandię, a także opowiada o swoim doświadczeniu Ameryki.)

W efekcie „Amerykańscy bogowie” to rzadki przypadek serialu, który daje ogromną przyjemność oglądania zwłaszcza tym, którzy czytali książkowy oryginał, bo raz, że zobaczą na ekranie praktycznie wszystko, co zobaczyć by chcieli (a przecież to żadna norma, zwykle się tnie, bo czasu ekranowego mało), a dwa – doczekają się rozwinięcia postaci, które pokochali. I uwaga: pod wieloma względami, fabularnie, serial jest tu lepszy od powieści Gaimana, bo zwłaszcza w przypadku Laury i Sweeneya oferuje o wiele ciekawsze historie i dodaje tym bohaterom głębi, której w książce im brakowało.

Zresztą, mam wrażenie, że przyjemność w oglądaniu tego serialu znajdą i ci, którzy o Gaimanie nigdy nie słyszeli. Bo i bez podstawy w postaci lektury powieści, „Amerykańscy bogowie” pozostają bardzo dobrze opowiedziana i świetnie zagraną (ale tu jest wspaniały casting!) opowieścią o religii i o naszym stosunku do wiary, który pod przykrywką efekciarskości porusza ciekawe kwestie i stawia intrygujące pytania.

Jeden z lepszych seriali mijającego roku.

Next Post

Previous Post

© 2018 Marcin Zwierzchowski

Theme by Anders Norén